Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skin Blossom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skin Blossom. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 marca 2014

Marcowe pieszczochy czyli czas ulubieńców

Początek roku nie był dla mnie łaskawy. Produktów, które naprawdę polubiłam było bardzo mało. Przeważały średniaki a i w bublach nieźle obrodziło. Dlatego też darowałam sobie posta z ulubieńcami lutego. Ale za to w marcu zła passa się skończyła. Zapraszam na ulubieńców miesiąca. Uwaga: jest ich niemało!







Zacznę od kolorówki: po wykończeniu pudru z Oriflame sięgnęłam po polecany na blogach i na Youtube puder matujący Stay Matte od Rimmel (oczywiście w wersji transparentnej). Początkowo miałam opory przed korzystaniem z pudru w kamieniu, jak się okazało - niepotrzebnie! Jest to bardzo dobry produkt, który matuje na długo, ładnie wygląda na twarzy. Wydaje mi się również, że będzie piekielnie wydajny.




Następnie paleta cieni - właściwie nie jedna, a dwie! Nie oznacza to jednak, że poszalałam na powiekach. Nuda, nuda i jeszcze raz Nude, a nawet Absolute Nude firmy Catrice. Beże i brązy zdominowały moje marcowe makijaże właśnie za sprawą tej palety - sięgałam po nią prawie codziennie. Chociaż ostatnio zauważyłam, że cienie lekko się osypują przy aplikacji, to wygodnie się je blenduje i utrzymują się na powiece. W szczególności upodobałam sobie trzy cienie zaznaczone poniżej.





Druga paleta to część limitowanej edycji Love Letters wypuszczonej przez Essence. Nazwa palety to Ever Thine, Ever Mine, Ever Ours. Nazwanie jej cytatem z listu miłosnego Beethovena nie wystarczyło, by wzbudzić we mnie miłość do tej palety. Dlaczego więc pojawia się w ulubieńcach? Wszystko za sprawą jednego, różowego cienia. Łączyłam go z brązami z palety Catrice i dawał piękne rozświetlenie i kolor na środku powieki. Cała paletka, choć śliczna, zawiera tylko cienie połyskujące, z drobinami. Chociaż lubię na nią patrzeć, to poza tym jednym cieniem, nie mam pomysłu na jej stosowanie. Przyjmuję sugestie!





Rozświetlający róż firmy Mariza pojawił się już we wcześniejszych ulubieńcach i tam pisałam o nim więcej. Zamieszczam go po raz kolejny, ponieważ powróciłam do niego ze skruchą po nieudanym romansie z różem z zimowej edycji limitowanej Lovely.



Pora na pielęgnację! Nowością był dla mnie płyn micelarny od Garnier. Okazał się strzałem w dziesiątkę. Świetnie zmywa makijaż, skóra po użyciu go nie jest napięta ani podrażniona, ani odrobinę nie piecze w oczy. W dodatku, biorąc pod uwagę, jak szybko zużywam tego rodzaju kosmetyki, wydaje się być wydajny.

O organicznym kremie pod oczy Skin Blossom pisałam ostatnio recenzję. Zdanie podtrzymuję, dlatego produkt ląduje wśród najlepszych kosmetyków marca.

Zaś o peelingu z Soraya recenzję dopiero napiszę :) Pewne jest to, że jest wart szerszego opisania.





Moje włosy nie miały ostatnio łatwego życia. Po przymusowym podcięciu postanowiłam postępować z nimi łagodniej. Podkradłam swoim pędzlom szampon Babydream i jestem zachwycona. Włosy są dokładnie umyte, świeże, miękkie, pięknie pachną i krzywda się im nie dzieje.

Dezodoranty z Oriflame albo nie odpowiadały mi do końca lub wręcz zyskały u mnie metkę kosmetycznych bubli. Byłam zła, że kupiłam kilka dezodorantów tej firmy (każdy inny, ale jednak) i od Swedish Spa spodziewałam się niczego innego jak porażki. A tu niespodzianka: bardzo przyzwoity, spełniający swoje zadanie i nie brudzący ubrań produkt. Brawa dla niego!





Do ulubieńców trafia też kosmetyk pod prysznic. Dokładniej oczyszczające masło pod prysznic o zapachu Pina Colada od Bomb Cosmetics. Nie jestem zwolenniczką opisywania każdego jednego żelu pod prysznic który spełnia swoją rolę czyli myje (takich produktów jest całe mnóstwo). O ile żel nie jest cudowny bądź nie jest geniuszem zła, nawet nie myślę o pisaniu mu recenzji. Temu recenzja się należy i pojawi się wkrótce.




Ostatnie rybki Dermogal to sprzymierzeńcy w walce o zdrowe paznokcie. Zawarty w nich olejek podgaja moje wymęczone skórki i odżywia płytkę. Co ciekawe, zdaje mi się, że wchłania się szybciej niż np. Regenerum. Mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła pochwalić się pięknymi pazurami.




I to już wszystkie kosmetyki, którymi pieściłam się w marcu. Post miał pojawić się wcześniej, ale tak ucieszyłam się z kolejnego słonecznego dnia, że zanim ponownie zasiadłam do komputera, za oknem zapanowała ciemność. Tyle dobrze, że post nie przeszkadzał Wam w korzystaniu z promieni słonecznych :).

Miłego wieczoru!

poniedziałek, 24 marca 2014

Wielka akcja testowania: Organiczny krem pod oczy Skin Blossom

Portal Uroda i Zdrowie ogłosił 17 lutego Światowym Dniem Kosmetyków. Z tej okazji zorganizowali Wielką Akcję Testowania. Spośród ogromu kosmetyków do wyboru mnie przypadł krem pod oczy  brytyjskiej firmy Skin Blossom. Stosuję go od prawie trzech tygodni, więc zapraszam na recenzję.



Dostępność: sklep http://www.biopiekno.pl/

Cena: ok. 28 zł

Skład:
Aqua (Water), Cetearyl Alcohol, Glycerin*, Caprylic/Capric Triglyceride, Glyceryl Stearate, Cetearyl Glucoside, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Prunus Amygdalus Dulcis (Almond) Oil*, Polygonum Fagopyrum (Buckwheat) Seed Extract, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Juice Powder*, Tocopherol (Vitamin E), Sodium Benzoate, Camellia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract*, Euphrasia Officinalis (Eyebright) Extract*, Xanthan Gum, Potassium Sorbate, Citric Acid
*Certified as Organically Grown

 źródło: skinblossom.pl
 Skład jest bardzo dobry, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że kosmetyk jest zarejestrowany przez Vegan Society. Największe nadzieje wiązałam z będącym dość wysoko w spisie maśle shea, a także olejkiem migdałowym - najbardziej liczyłam na dobre nawilżenie okolic oczu. Produkt zawiera 85% składników organicznych.




Opakowanie: Niewielkie, lekkie i solidne. Krągłe, zakończone wygodną pompką. Mieści w sobie 15 ml kosmetyku, czyli standardową pojemność dla produktów tego typu.

Zapach: Niewyczuwalny. Pierwszego dnia stosowania wydawało mi się, że pachnie zieloną herbatą, jednak nawet wtedy był nieznacznie wyczuwalny. Teraz to wrażenie całkowicie zniknęło.



Konsystencja: Krem nie lepi się, nie jest tłusty lecz jest treściwy. Specyfik ma biały kolor. W kontakcie ze skórą jego konsystencja przypomina masło. Po rozsmarowaniu krem jest przeźroczysty, nie pozostawia tłustej ani błyszczącej powłoki.

Producent mówi: Regenerujący i odświeżający krem pod oczy skutecznie nawilża oraz odmładza skórę wokół oczu. Specjalna mieszanka wyciągu z zielonej herbaty i świetlika spełnią rolę przeciwutleniaczy. Posiada ekstrakt z gryki. Redukuje cienie i obrzęki pod oczami, ma właściwości przeciwstarzeniowe.

Stonefox mówi: O razu powiem, że bardzo się ucieszyłam, iż to właśnie ten kosmetyk dla mnie wybrano. Zależało mi na kremie pod oczy - nie byłam zadowolona z tego, co stosowałam wcześniej. Dlatego wszelkie mazidła przeznaczone do tych okolic wydawały mi się zbędne. Dla mnie po prostu nie stanowiło żadnej różnicy czy użyję takiego kremu, czy nie. Słyszałam jednak, że okolice wokół oczu najszybciej się starzeją i dlatego ważne jest, by taki kosmetyk mieć. Dlatego od niedawna miałam kosmetyk pod oczy, był to jednak tylko żel chłodzący i nawilżający w niskiej cenie. Lekki, szybko się wchłaniał, ale rezultatów nie dawał żadnych, prędko poszedł więc w odstawkę.

Niedawno zauważyłam, że skórę pod oczami mam bardzo wysuszoną, szorstką, pojawiło się nawet coś, co wyglądało jak niewielkie suche skórki. Winowajcy: mała ilość snu i lekkie, ale permamentne odwodnienie organizmu (czyli winowajcą jestem ja :) - wmuszenie we mnie dwóch litrów wody dziennie jest prawie niewykonalne). Ta sytuacja wpływa na cerę bardzo negatywnie. Stwierdziłam więc, że muszę się postarać o lepszą, nawilżającą pielęgnację twarzy, co od kilku miesięcy staram się stosować. Rola kremu pod oczy pozostała jednak nieobsadzona. Stąd moja radość, gdy dostałam przesyłkę z kremem pod oczy Skin Blossom. O firmie słyszałam po raz pierwszy, więc była to jedna wielka niewiadoma. Skład wzbudził we mnie wielkie nadzieje, bo i masło shea, i olejek migdałowy, i aloes, i zielona herbata - fajny.

Zaczęłam stosowanie: codziennie, rano i wieczorem dzielnie wklepywałam krem palcami serdecznymi. Zdziwiłam się, jak szybko wchłonął się tak treściwy krem i jak przyjemnie się go stosuje. Na początku nie żałowałam sobie i nałożyłam dużo produktu - kosmetyk nie do końca się wchłonął i zaczął się lekko rolować pod makijażem. Problem zniknął gdy następnego dnia nałożyłam go trochę mniej - nie nazwałabym więc tego minusem, myślę, że trzeba się nauczyć odpowiedniego dawkowania wszelkich produktów. Na noc lekkie rolowanie nie przeszkadzało mi, więc nakładałam wtedy całą pompkę, aby zyskać lepsze nawilżenie przez noc, a w dzień nakładałam niepełną pompkę. Kosmetyk szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej ani świecącej powłoki. Nie piecze w oczy.

Po użyciu kremu skóra jest gładka i miękka a jednocześnie lekko napięta. Nie jest to nieprzyjemne napięcie, chodzi mi o wrażenie jędrniejszej skóry. Nie mam problemów z obrzękami pod oczami, ale mam ogromne z cieniami. Nie napiszę, że już tego problemu nie mam, jednak odkąd stosuję ten krem widzę różnicę w dniach kiedy nie mogę zasnąć i w efekcie śpię dwie lub trzy godziny. Zwykle po takiej nocy wyglądam upiornie i żaden makijaż nie jest w stanie zakryć moich atramentowo-czarnych worów. Teraz po takiej nieprzespanej nocy - owszem - mam cienie pod oczami, ale są one o wiele mniej intensywne i z całą pewnością mogę powiedzieć, że wyglądam jak istota ludzka. W normalnych okolicznościach zmniejszenie cieni pod oczami nie jest tak widoczne.

Rozjaśnienie cieni to miły dodatek, ale to nie jest najważniejsze. Dla mnie najistotniejsze było to, czy kosmetyk odpowiednio nawilży strefę pod oczami. I w tym sprawdził się bezbłędnie: skóra jest miękka i gładka, po suchych skórkach ani śladu. Czuję, że pustynia pod oczami została nawodniona i to nie za pomocą moich łez :).

Srogo się rozpisałam, jednak uznałam za konieczne napisanie wprowadzenia dotyczącego moich wcześniejszych przygód z produktami pod oczy oraz opisanie moich problemów skórnych, gdyż na pewno miały one wpływ na recenzję. Wierzę, że produkt od Skin Blossom przerwał moją złą passę do kosmetyków tego rodzaju i że teraz będę chętniej testować kremy pod oczy. Widzę, że dobry krem jednak robi różnicę - a ten do nich nieśmiało zaliczę.

Na mnie ten produkt sprawdził się bardzo dobrze, mam jednak zbyt małe doświadczenie w kremach pod oczy by stwierdzić, że to ideał (tego na pewno będę szukać ;). Jednak jak dotąd jest to najlepszy krem pod oczęta na jaki trafiłam.

Z tym Was zostawiam, albowiem pora na kolację :)
Miłego wieczoru!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...