Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Essence. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Essence. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 października 2014

Ulubieni towarzysze październikowej niedoli :)

Wybranie ulubieńców października sprawiło mi niewielkie trudności. Odkąd wróciłam, przeżywam drugą makijażową młodość - dawno niewidziane kosmetyki cieszyły mnie tak, jak nowe. A więc prawie codziennie używałam innych produktów. Udało mi się jednak wybrać kilka produktów, które zaskarbiły sobie szczególnie moją sympatię.


W tym miesiącu nie miałam za wiele szczęścia, jeżeli chodzi o pielęgnację - zachwyciły mnie tylko dwa kosmetyki. Pierwszy z nich to największe zaskoczenie! Kolagenowe płatki pod oczy z firmy L'biotica - ja postawiłam na wersję mającą redukować cienie pod oczami oraz opuchnięcia. Do produktu podchodziłam sceptycznie: mam największe cienie pod oczami na świecie i trudno mi znaleźć kosmetyki (czy to z kolorówki, czy z pielęgnacji) które mi z nimi pomogą.

Nie spodziewałam się niczego więcej niż nawilżenia, dlatego jakie było moje zdziwienie, gdy zdjęłam płatki po 20 minutach a skóra pod oczami była nie tylko nawilżona, ale też pięknie rozświetlona, mięciutka a cienie pod oczami były o wiele mniejsze i jaśniejsze. Sama w to na początku nie wierzyłam, ale to naprawdę działa.



To opakowanie jest już puste i pojawi się w najbliższym projekcie denko. Nie wyobrażałam sobie jednak zrobienie posta o ulubieńcach i niepokazanie tego cuda.

Zaczęły się chłodniejsze dni i jak to zwykle bywa jesienią i zimą, moje usta cierpią na przesuszenie i pękanie. Z lekkich balsamów do ust powróciłam do produktu większego kalibru.




Regenerujące serum do ust Extra Soft Bio marki Eveline pomogło mi w momencie, kiedy miałam już mocno poranione usta. Dwie noce i po sprawie.

Czas na produkty kolorowe. Wspominałam już, że mam problem z zakryciem cieni pod oczami? Październik był dla mnie bardzo szczęśliwy pod względem walki z tym kompleksem. Oprócz świetnych płatków pod oczy używałam także korektora rozświetlającego od KOBO: Modeling Illuminator. Ma dobre krycie i pięknie rozświetla spojrzenie.



Puder All about matt! z Essence jest, jeżeli mnie pamięć nie myli, wycofywany. Dlatego szkoda, że trafiłam na niego dopiero teraz. Z tym produktem zdecydowanie trzeba uważać - przy pierwszym użyciu miałam na twarzy mąkę. Nauczyłam się z nim pracować i matuje na bardzo długo, przedłuża trwałość makijażu, a dodatkowo minimalnie rozjaśnia podkład - mnie ten efekt bardzo się podoba.


W tym miesiącu najwięcej szalałam z makijażem oczu, sprawiało mi to ogromną radość. Spośród wielu używanych przeze mnie produktów te zasługują na wyróżnienie. Color Tattoo z Maybelline w odcieniu On & On Bronze pojawił się już kiedyś w moich ulubieńcach. Tak się jednak złożyło, że nie zabrałam go na wyjazd (bardzo to głupie z mojej strony!). Strasznie się za nim stęskniłam i uświadczyłam się ponownie w przekonaniu, że jest to wyjątkowy produkt.

W makijażach często towarzyszyła mi żelowa kredka od Essence w ciekawym, niebieskozielonym kolorze (niestety nie ma numerka ani nazwy koloru). Używałam jej zarówno do podkreślenia górnej jak i dolnej powieki, w zależności od makijażu. Jest trwała, dobrze się rozprowadza. No i ten kolor! Zdjęcia nie oddają go dobrze - to morski kolor z delikatnymi drobinkami (pokombinowałam trochę w programie graficznym, by podkreślić jego zielony odcień). Pod światło delikatnie się mieni.




Na koniec tusz do rzęs Twist up the volume. Planuję napisanie o nim osobnego posta, dlatego nie będę tu pisać za wiele. Musicie jednak wiedzieć że towarzyszy mi wiernie od dłuższego czasu i jestem z niego zadowolona.

Czego Wy używałyście w tym miesiącu? Polećcie coś fajnego i pozwólcie mojej drugiej młodości trwać dłużej. :)

poniedziałek, 31 marca 2014

Marcowe pieszczochy czyli czas ulubieńców

Początek roku nie był dla mnie łaskawy. Produktów, które naprawdę polubiłam było bardzo mało. Przeważały średniaki a i w bublach nieźle obrodziło. Dlatego też darowałam sobie posta z ulubieńcami lutego. Ale za to w marcu zła passa się skończyła. Zapraszam na ulubieńców miesiąca. Uwaga: jest ich niemało!







Zacznę od kolorówki: po wykończeniu pudru z Oriflame sięgnęłam po polecany na blogach i na Youtube puder matujący Stay Matte od Rimmel (oczywiście w wersji transparentnej). Początkowo miałam opory przed korzystaniem z pudru w kamieniu, jak się okazało - niepotrzebnie! Jest to bardzo dobry produkt, który matuje na długo, ładnie wygląda na twarzy. Wydaje mi się również, że będzie piekielnie wydajny.




Następnie paleta cieni - właściwie nie jedna, a dwie! Nie oznacza to jednak, że poszalałam na powiekach. Nuda, nuda i jeszcze raz Nude, a nawet Absolute Nude firmy Catrice. Beże i brązy zdominowały moje marcowe makijaże właśnie za sprawą tej palety - sięgałam po nią prawie codziennie. Chociaż ostatnio zauważyłam, że cienie lekko się osypują przy aplikacji, to wygodnie się je blenduje i utrzymują się na powiece. W szczególności upodobałam sobie trzy cienie zaznaczone poniżej.





Druga paleta to część limitowanej edycji Love Letters wypuszczonej przez Essence. Nazwa palety to Ever Thine, Ever Mine, Ever Ours. Nazwanie jej cytatem z listu miłosnego Beethovena nie wystarczyło, by wzbudzić we mnie miłość do tej palety. Dlaczego więc pojawia się w ulubieńcach? Wszystko za sprawą jednego, różowego cienia. Łączyłam go z brązami z palety Catrice i dawał piękne rozświetlenie i kolor na środku powieki. Cała paletka, choć śliczna, zawiera tylko cienie połyskujące, z drobinami. Chociaż lubię na nią patrzeć, to poza tym jednym cieniem, nie mam pomysłu na jej stosowanie. Przyjmuję sugestie!





Rozświetlający róż firmy Mariza pojawił się już we wcześniejszych ulubieńcach i tam pisałam o nim więcej. Zamieszczam go po raz kolejny, ponieważ powróciłam do niego ze skruchą po nieudanym romansie z różem z zimowej edycji limitowanej Lovely.



Pora na pielęgnację! Nowością był dla mnie płyn micelarny od Garnier. Okazał się strzałem w dziesiątkę. Świetnie zmywa makijaż, skóra po użyciu go nie jest napięta ani podrażniona, ani odrobinę nie piecze w oczy. W dodatku, biorąc pod uwagę, jak szybko zużywam tego rodzaju kosmetyki, wydaje się być wydajny.

O organicznym kremie pod oczy Skin Blossom pisałam ostatnio recenzję. Zdanie podtrzymuję, dlatego produkt ląduje wśród najlepszych kosmetyków marca.

Zaś o peelingu z Soraya recenzję dopiero napiszę :) Pewne jest to, że jest wart szerszego opisania.





Moje włosy nie miały ostatnio łatwego życia. Po przymusowym podcięciu postanowiłam postępować z nimi łagodniej. Podkradłam swoim pędzlom szampon Babydream i jestem zachwycona. Włosy są dokładnie umyte, świeże, miękkie, pięknie pachną i krzywda się im nie dzieje.

Dezodoranty z Oriflame albo nie odpowiadały mi do końca lub wręcz zyskały u mnie metkę kosmetycznych bubli. Byłam zła, że kupiłam kilka dezodorantów tej firmy (każdy inny, ale jednak) i od Swedish Spa spodziewałam się niczego innego jak porażki. A tu niespodzianka: bardzo przyzwoity, spełniający swoje zadanie i nie brudzący ubrań produkt. Brawa dla niego!





Do ulubieńców trafia też kosmetyk pod prysznic. Dokładniej oczyszczające masło pod prysznic o zapachu Pina Colada od Bomb Cosmetics. Nie jestem zwolenniczką opisywania każdego jednego żelu pod prysznic który spełnia swoją rolę czyli myje (takich produktów jest całe mnóstwo). O ile żel nie jest cudowny bądź nie jest geniuszem zła, nawet nie myślę o pisaniu mu recenzji. Temu recenzja się należy i pojawi się wkrótce.




Ostatnie rybki Dermogal to sprzymierzeńcy w walce o zdrowe paznokcie. Zawarty w nich olejek podgaja moje wymęczone skórki i odżywia płytkę. Co ciekawe, zdaje mi się, że wchłania się szybciej niż np. Regenerum. Mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła pochwalić się pięknymi pazurami.




I to już wszystkie kosmetyki, którymi pieściłam się w marcu. Post miał pojawić się wcześniej, ale tak ucieszyłam się z kolejnego słonecznego dnia, że zanim ponownie zasiadłam do komputera, za oknem zapanowała ciemność. Tyle dobrze, że post nie przeszkadzał Wam w korzystaniu z promieni słonecznych :).

Miłego wieczoru!

niedziela, 5 stycznia 2014

Czyste konto z Gościem Specjalnym! część druga

Mówi się, że nie należy przenosić niedokończonych spraw ze starego do nowego roku... ale ja właśnie tak zrobiłam :P  Wszystkiego najlepszego w 2014 i miłego czytania/oglądania kolejnej części ogromnego, gigantycznego, monstrualnego DENKA!


Gość Specjalny oczywiście dalej czuwa - oto kolejna część tego, co wyleciało z jego pustej głowy.


 Mała porcja kolorówki, ale wylizana do suchości, co najlepiej świadczy o tym, jak bardzo lubię te produkty. Pierwsze pudełeczko, wyraźnie po przejściach to puder ryżowy firmy Mariza. Nie, nie spadł z siódmego piętra i nie dlatego jest sklejony taśmą. Opakowanie jest bardzo słabe, wieczko pęka podczas normalnego używania produktu, a pokrywka z dziurkami wyskoczyła już podczas próby odklejenia folii zabezpieczającej, oczywiście wysypując mnóstwo produktu. To jedyna wada tego produktu - kosmetyk sam w sobie jest świetny, matuje skórę na wiele godzin przy użyciu zaledwie niewielkiej ilości pudru. Nie pozostawia na twarzy "efektu ciasta".  Gdyby nie opakowanie, byłby to puder idealny.
Następny jest róż Silky Touch Essence - tak wygląda każde zużyte przeze mnie opakowanie, nie mogę sobie darować chociaż odrobinki tego produktu. A zużycie takiego opakowania jednak trochę trwa. Delikatnie rozświetla, pod żadnym pozorem nie robi plam i długo pozostaje na skórze. Eksperymentuję z różnymi kolorami. Zdecydowany faworyt.
Przy kolejnym kosmetyku niespodzianki nie będzie - to również ulubieniec. Tusz do rzęs I <3 extreme to dla mnie najlepszy tusz od Essence. Nie osypuje się, nie skleja rzęs, ładnie pogrubia i delikatnie wydłuża rzęsy. Jest bardzo wydajny i w połączeniu z dużą pojemnością sprawia, że niemożliwe dla mnie jest pełne zużycie tego tuszu przed jego zgęstnieniem. Na szczęście nie następuje to zbyt szybko.
Chociaż w poprzedniej części zmuszona byłam zjechać szampon do włosów Avon, to w tej części firma się rehabilituje. Mowa o kremie BB Ideal Flawless - może nie jest to krem BB, ale na pewno jest to bardzo fajny, lekki podkład na cieplejsze miesiące. Delikatnie kryje i rozświetla skórę. Po nałożeniu produktu twarz można jeszcze lekko przypudrować, jednak ja często z tego rezygnowałam. Na pewno wrócę do niego na wiosnę.


Testery wód toaletowych La Rive trafiły do mnie przez przypadek przy likwidacji sklepu, w którym pracowała znajoma. Pewnie nawet bym o nich nie wspomniała, gdyby nie to, że jeden z tych zapachów został moim ulubieńcem: Grey Point - rozstałam się z nim z bólem i jakie było moje zdziwienie, gdy przy poszukiwaniach tej wody na Allegro okazało się, że to zapach męski! Cóż, dla mnie to typowy unisex. Z kolei Magic Girl to bardzo słodki zapach, duszący. Niespecjalnie przypadł mi do gustu. Lubię pachnieć inaczej w zależności od nastroju, pory roku, etc. i jak widać nawet ten, niekoniecznie w moim stylu zapach, miał swój czas. To wody mało wydajne, zapach nie utrzymuje się na długo, jednak na co dzień lub "do sklepu po bułki" w zupełności dla mnie wystarczający.


Odchodząc od kosmetyków, ale nadal zostając przy tematyce urody - od października udało mi się wykończyć aż 3 opakowania witamin z Oriflame, czyli WellnessPack dla kobiet. Jestem dumna, że udało mi się (i nadal udaje) brać je systematycznie. Co mnie bardzo ucieszyło i czego się właściwie nie spodziewałam - odkąd zaczęłam zażywać te witaminy, moje włosy zaczęły szybciej rosnąć. Marzę o długich włosach, więc w dalszym ciągu korzystam z tego zestawu. Zastanawiam się czy post z opisem i recenzją produktu jest dobrym pomysłem?

I tak projekt denko dobiegł końca! Mam teraz nauczkę, by nie zbierać wykończonych produktów przez tak długi czas. Dlatego też post z Projektem Denko będzie się pojawiać na blogu raz w miesiącu. Następny pod koniec stycznia lub na początku lutego.

Denkujcie ile wlezie i trzymajcie się ciepło. :)

wtorek, 31 grudnia 2013

Czyste konto z Gościem Specjalnym! część pierwsza

Powracam po świątecznej przerwie dobrze najedzona, czyli o kilka kilogramów cięższa, ale i zmęczona. Uwijanie się przy świątecznych przygotowaniach tylko pogorszyło kontuzję nogi, której nabawiłam się jakiś czas temu. Zamieszanie związane z Bożym Narodzeniem i ból sprawiły, że nie miałam sił do napisania czegokolwiek. Po świętach byłam zmuszona położyć się do łóżka na kilka dni. Jako że dziś ostatni dzień roku, pomyślałam, że warto w 2014 wejść z czystym kontem, a w tym pomoże mi Gość Specjalny...

 


Po co on tutaj? Co przyniósł ze sobą? Jakie ma zamiary? Niestety, nie odpowiedział. Ma pustkę w głowie...



... czyli Projekt Denko! Jeżeli oglądanie moich śmieci wydaje się komuś interesujące - Zapraszam!


Wykańczać produkty zaczęłam już w październiku, kiedy to zaczęłam zastanawiać się nad założeniem bloga. W pierwszej chwili wydawało mi się, że produktów jest strasznie dużo. Chociaż, biorąc po uwagę, że zużyłam je w ciągu 3 miesięcy...może nie tak dużo. ;) Miałam problem z decyzją, w jaki sposób pogrupować produkty, jednak mam nadzieję, że taki podział się sprawdzi.


Na pierwszy ogień idą produkty, którymi pieściłam swoje ciało. ;) Dezodorant Garnier Mineral dobrze się sprawdził: jest bardzo wydajny, nie ma drażniącego zapachu i co dla mnie bardzo ważne - nie brudzi ubrań na biało czy żółto. Działał bardzo dobrze, ale czy przez całe 48 godzin, jak obiecuje producent, nie było mi dane sprawdzić (jak widać, żele pod prysznic szły w ruch częściej niż raz na dwa dni. ;)

I tak wyszły trzy żele pod prysznic: Avon o zapachu truskawki i białej czekolady - znacznie lepiej sprawdza się mgiełka w tym zapachu. Żel nie pachnie już tak dobrze i wali po nosie sztucznością. Bardzo się pieni, nie wysuszał mojej skóry, jest całkiem wydajny. Zmieniłabym opakowanie - trzeba się naprawdę postarać by wydobyć końcówkę produktu.
Dalej dwa żele firmy Mariza: pierwszy Świąteczny czas - żel ze specjalnej świątecznej edycji, w opakowaniu-bombce. Pochodzi jeszcze z zeszłego roku, kiedy nakupowałam cała masę tych żeli. Zapach kojarzy się z pieczonym jabłkiem, cynamonem i odrobiną skórki pomarańczowej. Uwielbiam takie "zimowe" zapachy i bez skrupułów używam ich nawet w środku lata. Zapach obłędny, sam produkt jest bardzo wydajny i nie wysusza skóry. Lekki zapach pozostaje na skórze, żałuję jednak, że brak w tej serii balsamu do ciała by ten zapach wzmocnić. To już ostatni taki żel w moich zapasach i mam nadzieję, że uda mi się go dostać na poświątecznej wyprzedaży. Kolejny, z Linii Spa o zapachu Granata, z oliwą z oliwek i D-panthenolem. Zdecydowanie najbardziej nawilżający ze wszystkich wcześniej opisanych, o pięknym orzeźwiającym zapachu. Bardzo wydajny, fajnie się pieni i ma ciekawą konsystencję, która osobiście kojarzy mi się z żelkami-gumisiami. Bardzo polecam.

I na koniec coś, co myślę, że większość doskonale zna: płyn Ziaja Intima - krzywdy nie robi, ładnie pachnie i jest diabelsko wydajny. Wykończenie tego produktu to naprawdę wyczyn (umówmy się, że na jedno użycie nie potrzeba go dużo. ;) Bardzo dobry i bardzo tani.


  

Z produktów do dłoni i stóp tylko dwa zasługują na uwagę: Avon Foot Works o zapachu Mojito balsam do stóp - świetny produkt, właściwie cała seria. Nie wiem, po co wydawać pieniądze na produkty Scholl, skoro można mieć równie dobry produkt po taniości. Osławioną już odżywkę Eveline 8 w 1 najpierw stosowałam zgodnie z zaleceniem producenta, czyli dokładając przez 4 dni kolejne warstwy odżywki, potem zmywanie i znowu nakładanie. Im więcej warstw, tym odżywka trudniej wysychała i gorzej wyglądała na paznokciach, więc zdecydowałam się na stosowanie jej jako bazy pod lakier (poza tym, trudno było wytrzymać bez koloru na paznokciach). Przy stosowaniu tej odżywki paznokcie faktycznie się wzmocniły, nie łamały się tak szybko jak wcześniej i nawet udało mi się wyhodować przyzwoitej długości pazurki. Stosowana jako baza sprawia, że lakier dłużej się utrzymuje. Mimo, że bez wahania zakupiłam kolejne opakowanie, teraz jej nie używam (Od około 2 miesięcy w ogóle nie maluje paznokci. Brawa dla mnie za wytrwałość!).

Kolejne produkty to zakupy przypadkowe i nietrafione. Zmywacz do paznokci Delia no.1 kupiłam tylko dlatego, że nie chciało mi się iść do Rossmana po zmywacz z Isany, a nie miałam dosłownie nic. No i mnie pokarało: dramatycznie wysusza paznokcie i skórki, śmierdzi niemiłosiernie, a jego wydajność jest żałosna. Zaś Krem do rąk Cztery pory roku kupiłam tylko dlatego, że zapomniałam wrzucić do torebki cokolwiek wychodząc do kina. Nie potrafię wytrzymać z suchymi dłońmi, dlatego pędem zeszłam na dół do Rossa i tam wzięłam cokolwiek. Bo potrzebowałam mieć cokolwiek na dłoniach. Nieładnie pachnie, i nie wsiąka w dłonie a utrzymuje się na ich powierzchni. Dla jednorazowego zaspokojenia mojego szału był ok, potem używałam go z wielkim trudem.



Jestem oficjalnie przerażona ilością produktów do twarzy, które zużyłam w ostatnim czasie! Zwłaszcza ilością toników - zużywam je znacznie szybciej niż żel do twarzy o tej samej pojemności. O co chodzi? Tylko dwa żele do mycia twarzy: oczyszczający z Kolastyna Young pozytywnie mnie zaskoczył: tani, dobrze oczyszcza twarz. Cera wyglądała o wiele lepiej w okresie używania go. Bardzo wydajny i bardzo ładnie pachnie (trochę męsko, ale ładnie). Kolejny pięknie pachnący żel z Synergen - kolejna tanioszka, znów bardzo wydajny produkt. Krzywdy mi nie zrobił, ale przy zmywaniu miałam wrażenie, że pozostawia na skórze tłusty, trochę woskowy film - po wytarciu twarzy ręcznikiem uczucie znikało, ale odniosłam wrażenie, że produkt daje sztuczne uczucie nawilżenia skóry. Dlatego mam co do niego mieszane uczucia.
Do wykończonych żeli aż 3 toniki (naprawdę nie wiem, czy tylko ja, przechodzę przez toniki tak szybko?): zachęcona fajnymi żelami kupiłam toniki z Synergen i Kolastyny. Produkt z Synergen był najmniej wydajny, właściwie jak woda. Przepięknie pachniał i lekko szczypał w skórę (ja akurat lubię to uczucie, inaczej mam wrażenie, że tonik jest za słaby). Myślę, że jednak lepiej kupić coś droższego, co starczy nam na dłużej niż 2 tygodnie. Tonik Refresh z Kolastyny w ogóle nie zrobił na mnie wrażenia - dziwnie pachniał (ogórkami?) i nie zrobił z moją cerą nic - w ogóle nie czułam, że go używam. Opakowanie jest nieporęczne - dziurka jest za duża, a zamknięcie nieszczelne - łatwo o rozlanie produktu. Ostatni, tonik balansujący Optimals z firmy Oriflame - mało wydajny (aktualnie używam żelu do mycia z tej samej serii: wciąż mam ok. pół opakowania a zaraz skończę drugi tonik jaki z nim używam...), bardzo delikatny, nie szczypie (co nie do końca mi odpowiada), jednak mam wrażenie że skóra po użyciu tego tonika jest bardziej miękka, lepiej nawilżona - czuć że coś dla tej skóry robi! Jednak wydajność to coś, co mnie zniechęca.

I wreszcie dwa bardzo dobre płyny do demakijażu - jednofazowy z Nivea, mój zdecydowany ulubieniec: świetnie zmywa makijaż, nie szczypie, nie pozostawia obrzydliwej, tłustej powłoki. Szkoda, że tak szybko się kończy. Kolejne zaskoczenie: płyn micelarny z Lirene. Nie przepadałam wcześniej za tą firmą, ale powoli zmieniam zdanie. Produkt o większej pojemności, ale tak samo dobry jak Nivea. I w podobnej cenie! Póki co próbuję płynów do demakijażu z Oriflame, jeżeli nie spełnią one moich oczekiwań, na pewno wrócę do dwóch tutaj zdenkowanych.


Pod koniec września dowiedziałam się że moja cera jest drastycznie odwodniona - w październiku królowały więc maseczki nawilżające (Szczerze? Myślałam, że użyłam ich znacznie więcej - teraz przerzuciłam się jednak na maseczki w tubkach). Z tej grupy na szczególną uwagę zasługuje Kompres nawilżający+ maseczka ochronna Avocado z Bielendy - prawdziwe cudo! Skóra po niej jest miękka, wypoczęta, nawilżona. Przy najbliższej wizycie w drogerii na pewno kupię kilka sztuk. Podobnie maseczka głęboko nawilżająca z Perfecty - wyraźnie nawilżyła i "uspokoiła" skórę twarzy. Wielkim rozczarowaniem jest maseczka nawilżająca z Kolastyny - na początku bardzo leista, na twarzy zmienia się w konsystencję przypominającą częściowo roztopiony wosk. Pozostawienie maseczki do wchłonięcia jest niemożliwe, podobnie jak nawilżenie skory - produkt zostawia jedynie tłustą powłokę na jej powierzchni.

Dwa kremy do twarzy. Pierwszy Oriflame, z serii Amazonia ma naprawdę przepiękny wiosenno-letni zapach! Szkoda więc, że to tylko edycja limitowana. Jak już pewnie wiadomo mam słabość do ładnych zapachów. Był to jeden z pierwszych moich zakupów z tej firmy i byłam w szoku jak małe jest opakowanie tego kremu. Sądziłam, że starczy mi może na miesiąc. Zaczęłam go używać w czerwcu, a skończyłam w październiku. Szybko się wchłaniał i pozostawiał miłe uczucie na twarzy.
Kolejny krem wykończyłam dość szybko - w ciągu miesiąca, może półtora - to Nivea Aqua Sensation. Oprócz średniej wydajności był to naprawdę bardzo fajny krem. Nie wiem, czy nawilżał wybitnie głęboko, ale skóra po nim wydawała się naprawdę w lepszym stanie. Gdybym nie zdecydowała się na wypróbowanie Essentials, na pewno bym do niego wróciła. A może jeszcze wrócę?




Pora na produkty do włosów, których jest zaskakująco mało. Po części na pewno za sprawą ogromnego i mega wydajnego szamponu do włosów farbowanych Color Salon firmy Cece of Sweden. Tak przepięknie pachnącego szamponu do włosów jeszcze nie spotkałam. Szkoda, że zapach czereśni nie zostawał na włosach po umyciu. Znacznie wydłużał trwałość koloru oraz czas przetłuszczania się włosów. Włosy po umyciu były miękkie, choć trochę trudniej się z nimi współpracowało. Myślę jednak, że do niego wrócę.
Kolejny szampon to z kolei mega bubel: Avon Naturals Herbal z łopianem i pokrzywą. Według producenta ma odżywiać włosy, ale nie wierzę, że coś, co tak wysusza włosy może je odżywiać. Możecie sobie wyobrazić jak bardzo były wysuszone, jeżeli jeszcze nie zdążyłam dobrze wyjść spod prysznica a włosy były już w dużej części suche! Włosy były napuszone, tępe, bez blasku - mogłam jedynie je związać, żeby nie przypominały siana. Po takim wysuszeniu skóra wariowała i w ekstremalnym tempie włosy się przetłuszczały. Dodatkowo, ten szampon potrafił wypłukać kolor z największych czeluści włosa! Przy innych szamponach woda się nie barwiła, przy tym - zawsze. Po kilku myciach na głowie pojawiał się łupież. Odstawiłam go na długo, ponad rok. Zdecydowałam się go wykończyć, żeby się nie przeterminował. Przecież komuś innemu nie dam takiego szajsu a wyrzucić szkoda...

Ufff... teraz coś milszego - olejek do ciała z czarnych oliwek i limonki firmy Alterra - u mnie stosowany do włosów, na noc, przed co drugim myciem. Uwielbiam olejowanie włosów, daje niesamowite efekty, a olejki z Alterry są do tej pory najlepsze. Nie zauważyłam różnicy w efektach jakie nosi z sobą ten olejek, a olejek z migdałów i papai. Jednak ten drugi pachnie o wiele lepiej. Połączenie czarnych oliwek i limonki tworzy dla mnie zapach Cifa, a Cif na włosy to tak niekoniecznie... ;) Tak więc pozostanę wierna olejkom z Alterry, ale może tym lepiej pachnącym.


Post zrobił się niebezpiecznie długi, a ja dopiero przebrnęłam przez pielęgnację! Na dworze już ciemno a Blogger odmówił publikowania kolejnych zdjęć - to chyba znak, że czas podzielić post na dwie części, a mnie samej zacząć się szykować na sylwestra - pod kołdrą, z masą dobrego jedzenia i dobrych filmów... i z nieodłącznie bolącą nogą!

Życzę Wam szampańskiej zabawy gdziekolwiek jesteście - na prywatce, w lokalu, w kinie czy w łóżku - i tak, jak chcecie! Życzę też, by wszystkie kończyny pozostały na swoim miejscu i by jutro kac (moralny czy poalkoholowy) nie zepsuły Wam 2014 roku.
Do zobaczenia za rok ;)

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Haulisko berlińskie (DM)!

Muszę przyznać, że mi wstyd... z dwóch powodów: 1. Opóźnienie w pisaniu tego posta - od zakupu kosmetyków minął już prawie tydzień... 2. Rozmiary tych zakupów, bo przecież na niedobór mazideł wszelakich nie narzekam.

Jednak kto oparłby się, mając - zwykle odległy DM - w zasięgu wzroku? Na pewno nie ja. ;) I podobnie aGwer, choć jej zakupy są sporo mniejsze od moich. Jak uspokajała mnie w drodze do kasy - przechodzę fazę inicjacji kosmetycznej na DMowskim terenie i kolejne zakupy powinny być mniejsze. Czy aby na pewno? ;)

Zaczynam od lakierów do paznokci, bo tam swoje pierwsze kroki skierowała aGwer, a ja nieśmiało za nią. Nie miałam wcześniej styczności z lakierami P2, jednak zaryzykowałam i zaufałam swojej towarzyszce (jak się okaże - nie po raz ostatni). Wybrałam dwa kolory lakierów piaskowych: 110 - classy oraz 030 - seductive. Na potrzeby tego posta złamałam nawet swoją dwumiesięczną lakierową ascezę i pomalowałam paznokcie nowymi nabytkami - na szczęście skończyło się na tylko jednym paznokciu w każdym kolorze! Zauważyłam, że oprócz chropowatej struktury, lakiery zawierają także brokatowe drobinki: seductive złote, classy różnokolorowe z przewagą czerwonego i niebieskiego. Dają piękny efekt, zwłaszcza seductive. Z pełną ich oceną muszę się jednak wstrzymać do momentu, aż doprowadzę swoje paznokcie do porządku i trochę je wzmocnię. Już nie mogę się doczekać!

Następnie zatrzymałam się przy szafie Essence. Zawsze rzucam się na ich limitowanki, jednak obecna, Happy Holidays, nie przypadła mi do gustu. Dlatego ograniczyłam się do wielokolorowego kawioru do zdobienia paznokci oraz do kremu do rąk o zapachu banana i ciemnej czekolady. Biorąc pod uwagę, że później, na świątecznym jarmarku objadałyśmy się bananami w czekoladzie, to nieświadomie zabrałam jeden z zapachów Berlina ze sobą ;).

Kolej na dobrocie dla włosów. Tu znów ukłon w stronę aGwer - za sprawą polecanej przez nią odżywki z Balea. Do tego dołożyłam jeszcze szampon z tej serii. Moje włosy są bardzo wysuszone po ostatnim farbowaniu, dlatego mam duże oczekiwania wobec tych produktów, a testy zacznę już niebawem. Z kolei szampon do codziennego użytku to moja własna inicjatywa i świadczy o niczym więcej, jak o moim umiłowaniu wszelkich kokosowych kosmetyków.


Dalej kremy/żele pod prysznic - aż 2! Wszystkie, bez wyjątku, zachwyciły mnie swoim zapachem. Pistacjowy, przywodzący na myśl lody pistacjowe i jagodowy - o cudownie owocowym aromacie, zaś balsam do ciała z olejkiem migdałowym przypomina zapachem budyń waniliowy.

Równie cudownie pachnące peelingi - malinowy, do twarzy, przypominający w zapachu sorbet (mam nadzieję, że będzie delikatny) oraz jabłkowo-cynamonowy peeling do ciała - szarlotka w tubce! Chociaż zwykle lubię mocne peelingi ten powinien być w sam raz do peelingu "na szybko".


Największe zostawiłam na koniec: krem do ciała z masłem Shea i olejkiem arganowym. Na pewno skorzystam z niego w ramach projektu "dbania o swoją skórę w grudniu" i wtedy też przekonam się, jak sprawdza się podczas użytkowania. Ciekawe, na ile wystarczy mi to bydle (aż 500 ml!).

A więc haul z DM zdominowała Balea oraz wszelkie "jedzeniowe" zapachy. Obym tylko nie pomyliła szafki z kosmetykami z lodówką i nie zaczęła wyjadać tych smakowicie pachnących specyfików - jednak na to szanse są nikłe. Nareszcie lenistwo przegrało, a wygrała chęć używania nowych kosmetyków.

To co? Dla równowagi, niebawem projekt denko? ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...