Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Haul. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Haul. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 listopada 2014

Między fiordami czyli co przywiozłam z Norwegii

W jednym z poprzednich postów wspominałam, że oferta kosmetyczna w Norwegii nie zachwyciła mnie (delikatnie mówiąc). Wybór jest o wiele mniejszy, najczęściej pojawiają się marki znane i popularne także w Polsce. Te same produkty są często sporo droższe niż w naszym starym, dobrym Rossmannie.



Nie myślcie jednak, że z podróży nie przywiozłam żadnych kosmetyków. Skupiłam się jednak na markach albo całkiem w Polsce nieznanych, albo takich których kosmetyki nie tak łatwo dostać.



Bardzo się ucieszyłam, kiedy dowiedziałam się, że w Norwegii jest dużo aptek/drogerii sieci Boots. W głowie od razu zapaliła mi się żaróweczka i pomyślałam "Soap & Glory!". Produkty powyżej kupiłam podczas wycieczki do Trondheim. Spodziewałam się, że Boots będzie duży, przecież Trondheim to duże miasto, a i sklep znajdował się przy jednej z głównych ulic. Zdziwiłam się mocno kiedy zobaczyłam małą klitkę... Na szczęście kosmetyków S&G było tam pod dostatkiem. Od razu chwyciłam żel "Clean on me" a zaraz potem krem do rąk "Hand food" - wybrałam to, nad czym zachwyty często słyszałam na Youtube. Trochę dłużej zastanawiałam się nad scrubem, w końcu wybrałam "śniadaniówkę" i nie żałuję, choć mówię to póki co tylko ze względu na zapach - jest boski!
Oczywiście, że nie mogę się doczekać ich testowania.


 

Kolejny produkt to połączenie pielęgnacji i kolorówki. Balsam do ust Lypsyl kupiłam pod wpływem impulsu podczas zakupów spożywczych. Tak, poleciałam na pudełko :) Ma mocny, kwiatowy zapach, daje ładny, naturalny, półtransparentny kolor. Całkiem nieźle nawilża.


 

Historia palety Metal Eyeshadows jest dosyć długa - polowałam na nią prawie trzy miesiące. Na początku znalazłam szafę zupełnie nieznanej mi firmy Viva la Diva w Cubusie (w Norwegii drogerii jak na lekarstwo, natomiast często zdarza się wnęka z kosmetykami w sieciówkach jak H&M czy Cubus właśnie). Po powrocie do mieszkania weszłam na stronę internetową marki, a tam znalazłam JĄ. Paleta metalicznych cieni - to coś, czego w mojej kolekcji brakowało! 


 


Od tamtej pory co jakiś czas zaglądałam do Cubusa by zobaczyć, czy paleta się pojawiła. Ze wszystkich palet  nie było właśnie tej, mojej wymarzonej. Wkrótce straciłam nadzieję, stwierdziłam, że może to jakaś stara kolekcja i nie ma już szans, by gdziekolwiek ją dostać. Na DWA DNI przed wyjazdem towarzyszyłam koleżance w ostatnich zakupach i jak zwykle kręciłam się przy kosmetykach. Właściwie z nudów, nie oczekując niczego, spojrzałam na dolną półkę - i tam oto była, leżała sobie najzwyczajniej na świecie. Uznałam, że to przeznaczenie :).



Skoro jeszcze mowa o Viva la Diva wybrałam sobie jeszcze dwie szminki. Ciemniejsza, Euphoria (nr 97) jest cudowna! Daje mocny, śliwkowy kolor, długo się utrzymuje. Pomadka w tym akurat kolor ma też lekko błyszczące, "mokre" wykończenie. Druga szminka, Pink Peach (nr 59) jest dokładnie taka, jak mówi jej nazwa. To typowa brzoskwinia, dla mnie jest to niezły kolor nude - dobre wyważenie między beżem a różem. Niestety, ten kolor podkreśla zaglębienia moich ust, co nie wygląda ładnie. Może sprawdzi się w połączeniu z inną pomadką?

Myślę nad zrobieniem prezentacji/recenzji palety jak i szminek. Trochę się jednak martwię jak mój aparat odda kolory, zwłaszcza cieni.

O których z tych produktów chciałybyście jeszcze poczytać? :)


sobota, 8 lutego 2014

Mocno pachnące zamówienie z Oriflame

Oto zapowiadane przeze mnie kolejne zamówienie z Oriflame. Tym razem dużą część zakupów stanowią zapachy. Jak można zapewne łatwo zauważyć, mam bzika na punkcie ładnie pachnących kosmetyków. Perfumy i wody toaletowe dobieram w zależności od nastroju, pory roku, okazji i jeszcze paru innych zmiennych. Z łatwością przychodzi mi ich kolekcjonowanie, z opisaniem zapachu jest już gorzej. Przede mną wyjątkowo trudne zadanie!

Z pierwszą wodą toaletową, czyli Sparkle in Paris, miałam do czynienia kilka miesięcy temu. Nie będę ukrywać, że tym, co skusiło mnie do wypróbowania jej na swojej skórze była ładna buteleczka ;). Zapach od razu mi się spodobał, jednak powstrzymałam się od zakupu wiedząc, ile innych psikadeł czeka na mnie w domu. Dowiedziałam się, że niedługo ma być wycofana z oferty, dlatego czym prędzej się w nią zaopatrzyłam.

Aromat jest słodki i jednocześnie elegancki. W pierwszym momencie kojarzy mi się z zapachem szampana i nawet dobrze trafiłam: producent określa kompozycję zapachową jako połączenie wetiweru, jagody i szampana właśnie. Osobiście zastąpiłabym jagody truskawkami, bo jak wiadomo, z szampanem tworzą pyszny duet ;).



Kolejny zapach również można określić jako elegancki, ale to wszystko, co ma wspólnego z poprzednikiem. Eclat jest wybitnie wieczorowy, zdecydowany i bardzo mało dzieli go od bycia wodą toaletową typu unisex. Posiada jednak delikatnie kobiecą nutę. W skład tego zapachu wchodzi aromat malin, fiołków oraz białego piżma.



A teraz fragment, w którym możecie się śmiać ;). Tak, ja, 23-letnia kobieta, kupiłam wodę toaletową Disney Princess, z Arielką. I to dla siebie, a nie dla jakiegoś znajomego szkraba (dobrze, że nie mam takiego, nie rusza mnie sumienie ;). Powąchałam stronę w katalogu i ten zapach przypominał mi Pinacoladę. Szczerze: pachnie zupełnie inaczej niż w katalogu. Ale to nie jest nic złego! Pamiętacie gumy do żucia o smaku arbuzowym? Były w drażetkach i wypuściła je bodajże firma Orbit (jeżeli się mylę, proszę o sprostowanie). Ta woda toaletowa właśnie tak pachnie! Magia wspomnień.




Ostatnie psikadło to woda perfumowana Volare, która ma ciekawą kompozycję zapachową, ale o tym później. Chcę na chwilę zatrzymać się na wyglądzie buteleczki. Choć opakowanie wygląda niepozornie...



... to w środku skrywa różę! Piękne i pomysłowe.





Zapach moim zdaniem, nie dla każdego. Nie można odmówić mu jednak tego, że jest ciekawy - ze względu na swoją wielowymiarowość. O co chodzi? Trudno mi określić czy ten zapach jest słodki czy nie, czy jest delikatny czy mocny. W pierwszym momencie wydaje się bardzo mocny i duszący, ale gdy spędzi 2-3 minuty na skórze pachnie zdecydowanie lepiej, chociaż dalej jest niełatwy do opisania. Z jednej strony jest słodki i delikatny, przypomina mi kwiaty, albo puder dla niemowląt. Posiada jednak i nutę niemal metaliczną, gorzką, która jednak dociera do nosa później i nie dominuje w całej kompozycji. W opisie producenta jako składowe tej wody perfumowanej widnieją liście fiołka, peonia, płatki róży i praliny.


To całkowicie nowe dla mnie produkty, więc nie mogę się wypowiadać o ich trwałości, ale od razu zauważyłam minus buteleczki Volare.  Zakrętkę trudno się zdejmuje. Bardzo trudno - za każdym razem męczę się próbując zdjąć "szypułkę", siedzi naprawdę mocno.




W zestawie z Volare był tusz do rzęs HyperStretch XL - z tej samej serii co serum do rzęs które właśnie testuję. Być może stosowanie serum i tuszu do rzęs ma dać jeszcze lepsze rezultaty, ale skoro już zaczęłam stosowanie serum w pojedynkę, niech na razie tak pozostanie. Tusz na razie poczeka na swoją kolej.




I tak za sprawą tuszu przeszłam do kolorowej części zamówienia. Zdecydowałam się na, również wycofywane, paletki z serii Neo Chic. Miałam okazję używać tych cieni już wcześniej i przypadły mi do gustu, dlatego zdecydowałam się na swoje własne egzemplarze.


Grey Pastel...




... i Vintage Purple. Jakościowo cienie w zupełności mi odpowiadają, jednak poważnie myślę nad przeniesieniem ich do innej palety. Jak widać, te, w której teraz się znajdują, są tandetne i raczej łatwe do połamania. W dodatku nie posiadają lusterek, tylko folię która coś odbija, jednak obraz jest bardzo zamazany. Ewentualne poprawki z użyciem tych "lusterek" są więc bez sensu. Skoro już pojawiły się wspomnienia z dzieciństwa, to lusterka moich lalek Barbie miały właśnie taką folię ;).




Na usta wybrałam błyszczyki Dreamy Moments od Giordani Gold. Również wybrałam dwa kolory: mocniejszy Crystallised Cherry Red oraz delikatniejszy Sugared Petal Pink. Sama jestem ciekawa jak wypadną. Lubię rozświetlacz z tej serii, więc może i błyszczyki się sprawdzą. Myślę, że poświęcę im posta.



Od około dwóch, może trzech lat uwielbiam szminki (wcześniej wolałam błyszczyki). Coraz trudniej jest mi odmówić sobie kolejnej. Wybór padł tym razem na szminkę z serii Colour Drop.



Zdecydowałam się na kolor o nazwie Peach Sensation. Nigdy nie miałam do czynienia ze szminką o podobnym kształcie. Okaże się, na ile jest on wygodny przy nakładaniu pomadki. Jeśli będę z niej zadowolona to myślę, że skuszę się na inne odcienie.



Nie zapomniałam także o moich umęczonych paznokciach i skórkach. Nail Butter Advanced Condition Reviver, czyli wzmacniający balsam do paznokci zbiera skrajnie różne opinie. Jestem ciekawa, jak sprawdzi się na moich dłoniach. Chętnie go przetestuję a recenzję zamieszczę na blogu. Czy ktokolwiek byłby zainteresowany? Testy rozpocznę dopiero gdy skończę kurację preparatami przepisanymi przez dermatologa, czyli za ok. 2-3 tygodnie.



I to już wszystko. Szczęśliwie udało mi się załadować wszystkie zdjęcia, choć Blogger był dziś wyjątkowo kapryśny.

Dajcie znać czy chciałybyście przeczytać recenzję poświęconą balsamowi do paznokci lub może zobaczyć post dotyczący innego produktu z tej notki?

Miłego wieczoru!

środa, 29 stycznia 2014

Zamówienie z Oriflame - katalog 1/2014

Pora odkurzyć bloga po długiej przerwie! Jak wspomniałam w jednym z ostatnich postów, nie czułam się najlepiej, a po sylwestrze było tylko gorzej. Przez mocne leki byłam całkowicie nie do użytku. Na szczęście jest już o wiele lepiej.
Planowałam choćby napisanie posta z postanowieniami noworocznymi (głównie dotyczących spraw związanych ze zdrowiem i urodą), ale nie wiem, czy ma to jeszcze sens. Dajcie znać.

Stąd też post z zakupami z Oriflame. Katalog 1 już dawno się skończył, ale większość z tych rzeczy można znaleźć w aktualnej ofercie. Jeżeli nie, to pojawią się ofercie za jakiś czas. Poza tym kosmetyki cały czas grzecznie czekały w torbie aż postanowię coś napisać. A skoro tyle się naczekały, to warto o nich wpomnieć.

Oczywiście zamówiłam witaminy WellnesPack dla kobiet - tym razem aż dwa opakowania. Jedno w regularnej cenie (ok. 84 złote), drugie w promocji tygodniowej za dwie dyszki. Jestem z nich zadowolona, więc nie zastanawiałam się długo. Odstawiłam je na okres choroby. Może to brak tych witamin, może skutek działania silnych leków, może wynik zimy i ogrzewania w domu - moja cera wygląda obecnie okropnie. Dzisiaj wrócę do WellnessPacku i sama jestem ciekawa, jak sobie z tym poradzi.


Woda toaletowa na poniższym zdjęciu mnie zaintrygowała - Puressence z serii Ecobeauty. Spotkałam się z opinią, że to zapach który albo się kocha, albo się nienawidzi. Mogę się z tym zgodzić bo zapach jest dość specyficzny. W pierwszym momencie nie byłam nim zachwycona - przypominał mi zapach siana. Powąchałam go jeszcze kilkakrotnie w ciągu miesiąca i muszę przyznać, że zaczął mi się podobać, i to bardzo! Faktycznie pachnie sianem, ale i cytrusami no i cóż... takiego zapachu w swojej kolekcji jeszcze nie miałam. Dlatego zdecydowałam się na jego zakup. Jest wyjątkowy. W dodatku jest stworzony w 99% z naturalnych składników spełniających certyfikaty Fairtrade.



W promocji przy zakupie wody toaletowej dostałam za złotówkę (cena regularna: 50 zł) wygładzający krem pod oczy, również z serii Ecobeauty. Początkowo myślałam nad oddaniem go dla mojej mamy, ale krem pod oczy którego używam obecnie powoli się kończy, więc chyba zostawię go dla siebie. I tak - też pachnie siankiem! ;)



Powoli kończy się też mój podkład z Everlasting z Oriflame.  Tym razem wybrałam nowość, podkład Perfect Fusion. Według producenta ma wtapiać się ze skórą tak, by w ogóle nie było widać nałożonego podkładu. Wciąż jednak ma zapewniać krycie. Czy tak jest? Zobaczę. Spodziewałam się lekkiej i lejącej się formuły i mocno się zdziwiłam, gdy na dłoni okazał się być mocno kremowy. Niedługo okaże się, jak sprawuje się na buzi ale już teraz mogę pochwalić go za śliczny zapach (mila odmiana po Everlasting).



Kolejne są dwie pomadki Lip SPA Therapy - lubiłam wersję bezbarwną, teraz chcę wypróbować też te dające lekki kolor.



Wybrałam dwa kolory: Soft Rose i Natural Pink. Czaiłam ( i dalej się czaję) na Caring Nude, ale ciągle go brak w magazynie.

 

Udało mi się zdobyć na promocji róż Incontro z serii Giordani Gold. Bardzo podoba mi się naturalny ale jednocześnie lekko rozświetlający efekt jaki daje. Na warsztatach sprawdzał się świetnie. Cena wyjściowa była wysoka (miedzy 40-50 zł), na promocji za 25. Niestety, to edycja limitowana i możliwe, że nie można go już dostać.


 

W promocyjnych cenach była prawie cała kolekcja Incontro. To świetna kolekcja, więc szarpnęłam się także na mascarę pogrubiającą.



 Mascara ma tradycyjną, dużą szczoteczkę - jak dotąd współpracowało mi się z nią bardzo dobrze.



 I czy mogę zatrzymać się i zachwycić opakowaniami? Są piękne, eleganckie. W kolorze różowego złota. Nie tylko tych opakowań, ale i samych produktów będzie mi bardzo brakować. Zamierzam się jednak nimi cieszyć, póki je jeszcze mam ;).



Mam opory przed kupnem któregoś z drogich serum do rzęs, które na blogach są ostatnio bardzo popularne. Dlatego póki co, postawiłam na coś tańszego - HyperStretch Lash Serum


Nie jest wskazane czy należy stosować produkt na dzień czy na noc. Ja będę go nakładać wieczorem, przed pójściem spać, na linię rzęs.



To już całe zakupy :) Powtarzam - produkty u mnie trochę przeleżały, więc zapewne niedługo można się spodziewać kolejnego posta, z następnego katalogu. Dajcie znać, czy zrobić post poświęcony któremuś z produktów . Jak widać ciągle kombinuję ze zdjęciami i mam nadzieję, że uda mi się uchwycić kolory i ich nie przekłamywać.

 Mam teraz więcej sił i chęci do... właściwie wszystkiego. Postaram się więc publikować częściej i urozmaicić posty pojawiające się tutaj. Ale! Najpierw trzeba podsumować styczeń. Dlatego szykujcie się (i ja też się szykuję) na ulubieńców i projekt denko.

piątek, 20 grudnia 2013

Zamówienie z Oriflame -katalog 16/17

Zabierałam się już do robienia wpisu o zdenkowanych, jednak pokażę moje ostatnie zakupy w Oriflame. Ostatni w tym roku katalog kończy się już w niedzielę, więc jeszcze przez dwa dni możecie zamawiać te produkty lub szukać ich w kolejnych katalogach

 
Oriflame przygotowało na święta niespodziankę - możliwość zamawiania produktów z dwóch katalogów: 16 i 17. Z nich pochodzą też moje zakupy. Wcześniej składałam zamówienie wyłącznie z szesnastki. Niestety, było to na długo przed założeniem bloga i produkty już rozeszły się po domu.
Tym razem musiałam się naprawdę powstrzymywać, bo dwa katalogi to o wiele więcej promocji., ale udało się i myślę, że wybrałam najfajniejsze i (w większości) najładniej pachnące rzeczy.


O kremie na dzień z serii Essentials wspominałam już przy okazji listopadowych ulubieńców. Mogę śmiało stwierdzić, że to najlepszy krem do twarzy jaki miałam do tej pory i zdecydowanie nabrałam ochoty na wypróbowanie całej serii. Dlatego też zdecydowałam się na krem do twarzy i ciała oraz pomadkę ochronną w świątecznej (migdałowej) edycji. Pachną przepięknie!



Nie mogłam zapomnieć i o balsamie do ust Tender Care w limitowanej edycji, o zapachu czarnej porzeczki. Uwielbiam te balsamy, mam prawie wszystkie zapachy (wciąż poluję na waniliowy) - świetnie nawilżają usta, nie kleją się i cudownie pachną. To ostatnie, to w moim przypadku raczej żadna niespodzianka... czy istnieje jakaś fachowa nazwa zboczenia na punkcie zapachów? :)


Pozostając jeszcze w temacie zapachów - żel pod prysznic Discover Taj Mahal o monstrualnej  pojemności 750 ml. Natknęłam się na niego w Biurze Regionalnym Oriflame i cóż... to była miłość od pierwszego wąchnięcia!


 Od takiej ilości zapachów, mimo, że pięknych, zaczyna się już robić niedobrze, dlatego to już ostatni pachnący produkt: oto wyjątkowo niewdzięczna w fotografowaniu woda toaletowa Enigma Dare to Dream. Miałam wcześniej próbkę tej wody, i co dziwne, bardzo mi się spodobała. Gdy zobaczyłam, że można ją zamówić w promocji tygodniowej* za 20 zł, wiele się nie zastanawiałam. Nie jestem dobra w opisywaniu perfum, dlatego zerknęłam na opis tej wody. Według producenta, kompozycję zapachową Enigma Dare to Dream tworzą nuty kwiatów frangipani (cokolwiek to jest...), mandarynka oraz mech.
Nuta kwiatowa zdecydowanie wybija się tutaj się tutaj na pierwszy plan - zwykle nie przepadam za kwiatowymi zapachami, ale muszę przyznać, że to zestawienie naprawdę uwodzi. To mocny, słodki, ale jednocześnie orzeźwiający zapach.

 

Jedynym produktem do makijażu na jaki zdecydowałam się podczas tego zamówienia jest pojedynczy cień do powiek z serii Pure Colour Mono w kolorze Black Sparkle. To jeden z trzech nowych odcieni jakie zostały wprowadzone w katalogu 17. Wyjątkowo mi się spodobał, ze względu na zawarte w nim połyskujące drobinki.
 

 Niestety, muszę posłużyć się zdaniem rodem z Allegro: "Zdjęcie nawet w połowie nie oddaje jego uroku". W rzeczywistości drobinki są bardziej złote i mocniej połyskują. Teraz tylko muszę pomyśleć, jak ten cień wykorzystać...


A ten pędzel na pewno mi w tym pomoże! Uwielbiam go od pierwszych warsztatów makijażu, kiedy to miałam okazję nim pracować. Jest cudownie miękki i blendowanie nim cieni jest prawdziwą przyjemnością (nawet dla takiej sieroty jak ja). Dwustronny (z drugiej strony posiada tradycyjną gąbeczkę do nakładania cienia), wykonany z naturalnego włosia. W katalogu widnieje jako "Dwustronny pędzel do nakładania cieni Professional", jednak jak już wspomniałam, używam przedstawionej powyżej części do blendowania cieni i sprawdza się w tym świetnie!


Chciałabym napisać, że mam już dość kosmetyków, ale prawda jest taka, ze zamówienie na kolejny katalog już siedzi w mojej głowie (a oferty tygodniowe tylko w tym pomogły). Rozum swoje, a serce swoje... Więc do następnego! :)

* - promocja tygodniowa - oferta, zazwyczaj na pierwszy lub drugi tydzień katalogu, zakupu wybranego na tydzień produktu po o wiele niższej cenie, przy zamówieniu powyżej 40 PP (ok. 120 zł).

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Haulisko berlińskie (DM)!

Muszę przyznać, że mi wstyd... z dwóch powodów: 1. Opóźnienie w pisaniu tego posta - od zakupu kosmetyków minął już prawie tydzień... 2. Rozmiary tych zakupów, bo przecież na niedobór mazideł wszelakich nie narzekam.

Jednak kto oparłby się, mając - zwykle odległy DM - w zasięgu wzroku? Na pewno nie ja. ;) I podobnie aGwer, choć jej zakupy są sporo mniejsze od moich. Jak uspokajała mnie w drodze do kasy - przechodzę fazę inicjacji kosmetycznej na DMowskim terenie i kolejne zakupy powinny być mniejsze. Czy aby na pewno? ;)

Zaczynam od lakierów do paznokci, bo tam swoje pierwsze kroki skierowała aGwer, a ja nieśmiało za nią. Nie miałam wcześniej styczności z lakierami P2, jednak zaryzykowałam i zaufałam swojej towarzyszce (jak się okaże - nie po raz ostatni). Wybrałam dwa kolory lakierów piaskowych: 110 - classy oraz 030 - seductive. Na potrzeby tego posta złamałam nawet swoją dwumiesięczną lakierową ascezę i pomalowałam paznokcie nowymi nabytkami - na szczęście skończyło się na tylko jednym paznokciu w każdym kolorze! Zauważyłam, że oprócz chropowatej struktury, lakiery zawierają także brokatowe drobinki: seductive złote, classy różnokolorowe z przewagą czerwonego i niebieskiego. Dają piękny efekt, zwłaszcza seductive. Z pełną ich oceną muszę się jednak wstrzymać do momentu, aż doprowadzę swoje paznokcie do porządku i trochę je wzmocnię. Już nie mogę się doczekać!

Następnie zatrzymałam się przy szafie Essence. Zawsze rzucam się na ich limitowanki, jednak obecna, Happy Holidays, nie przypadła mi do gustu. Dlatego ograniczyłam się do wielokolorowego kawioru do zdobienia paznokci oraz do kremu do rąk o zapachu banana i ciemnej czekolady. Biorąc pod uwagę, że później, na świątecznym jarmarku objadałyśmy się bananami w czekoladzie, to nieświadomie zabrałam jeden z zapachów Berlina ze sobą ;).

Kolej na dobrocie dla włosów. Tu znów ukłon w stronę aGwer - za sprawą polecanej przez nią odżywki z Balea. Do tego dołożyłam jeszcze szampon z tej serii. Moje włosy są bardzo wysuszone po ostatnim farbowaniu, dlatego mam duże oczekiwania wobec tych produktów, a testy zacznę już niebawem. Z kolei szampon do codziennego użytku to moja własna inicjatywa i świadczy o niczym więcej, jak o moim umiłowaniu wszelkich kokosowych kosmetyków.


Dalej kremy/żele pod prysznic - aż 2! Wszystkie, bez wyjątku, zachwyciły mnie swoim zapachem. Pistacjowy, przywodzący na myśl lody pistacjowe i jagodowy - o cudownie owocowym aromacie, zaś balsam do ciała z olejkiem migdałowym przypomina zapachem budyń waniliowy.

Równie cudownie pachnące peelingi - malinowy, do twarzy, przypominający w zapachu sorbet (mam nadzieję, że będzie delikatny) oraz jabłkowo-cynamonowy peeling do ciała - szarlotka w tubce! Chociaż zwykle lubię mocne peelingi ten powinien być w sam raz do peelingu "na szybko".


Największe zostawiłam na koniec: krem do ciała z masłem Shea i olejkiem arganowym. Na pewno skorzystam z niego w ramach projektu "dbania o swoją skórę w grudniu" i wtedy też przekonam się, jak sprawdza się podczas użytkowania. Ciekawe, na ile wystarczy mi to bydle (aż 500 ml!).

A więc haul z DM zdominowała Balea oraz wszelkie "jedzeniowe" zapachy. Obym tylko nie pomyliła szafki z kosmetykami z lodówką i nie zaczęła wyjadać tych smakowicie pachnących specyfików - jednak na to szanse są nikłe. Nareszcie lenistwo przegrało, a wygrała chęć używania nowych kosmetyków.

To co? Dla równowagi, niebawem projekt denko? ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...