Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avon. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lutego 2015

Styczniowe porządki, czyli PROJEKT DENKO



Czas na temat, który jest dla mnie największym wyzwaniem, czyli o zużywanie kosmetyków. Co prawda nie mam większych problemów z nieotwieraniem czwartego, nowego tuszu do rzęs i w miarę możliwości staram się wykończyć kosmetyk zanim otworzę jego następcę.
Ale nie o to chodzi. Z lekką zazdrością patrzę na denka innych blogerek, których przeciętna ilość skończonych mazideł znacznie przewyższa moje. Dziewczyny, jak Wy to robicie? Zdradźcie sekret :)

W styczniu postanowiłam, że nie będę uparcie trzymała się kosmetyków, które wybitnie się u mnie nie sprawdziły. Zdałam sobie sprawę (woooow) że i tak ich już nie użyję. Zresztą przeleżały już swoje, więc tak czy tak - powinny trafić do kosza.



Zanim jednak przejdę do nieszczęsnych bubli, napiszę o czymś, bez czego nie wyobrażam sobie mojej kosmetyczki. Absolutny hicior, o którym pisałam w ostatnich ulubieńcach. Kolagenowe płatki pod oczy L'biotica towarzyszą mi nieprzerwanie od tego czasu. Uwielbiam! Tak, mam już kolejne opakowanie.
Za to żel pod oczy z Flos-Lek (wersja ze świetlikiem lekarskim i herbatą) mnie nie zachwycił. Przyjemnie chłodził i zapewne przez ten chłodzący efekt minimalnie zmniejszał opuchnięcia. Nie nawilżał jakoś specjalnie. Dodatkowo jest bardzo niewydajny produkt, w opakowaniu w ekstremalnie grubym denkiem. Gdy zobaczyłam, że już się kończy to poczułam się trochę oszukana. Starczył mi może na 2-2,5 tygodnia? Słabo.



Ten zmywacz do paznokci z pewnością znają wszyscy - zdecydowanie najlepszy jaki miałam. Zazwyczaj kupuję po prostu kolejne opakowanie. Jeżeli coś mi odbije i zdradzam go z innym, potem bardzo tego żałuję. Zmywacza ISANA nic nie przebije.

Do szamponów Batiste mam bardzo mieszane uczucia. Owszem, robią to, co mają robić - odświeżają włosy, dodają im trochę objętości. Bielą włosy, ale nie mam problemów z wyczesaniem pudru. Ale zapachy... ten powyżej, Sassy & daring wild pachniał starszą panią. Poleciałam na ładne opakowanie. Niestety, taki szampon jest bardzo niewydajny. Wystarcza na kilka użyć.



Rzecz niespotykana - w styczniu wykończyłam aż dwa zapachy. Oba to absolutne hity.
Pierwszy z nich to mgiełka z Avonu o najlepszym zapachu ever: słodka śliwka i wanilia. Gdyby nie to, że mam cały zapas perfum wszelkiego rodzaju natychmiast zamówiłabym mgiełkę po raz kolejny. Zapach jest słodki, mocny, otulający. Uwielbiam go zwłaszcza na jesień. Długo się utrzymuje. Jedna buteleczka starcza na bardzo długo. No właśnie, buteleczka... moja miała mały wypadek :P Spadła mi i denko zaczęło przeciekać - a że miałam jeszcze około 3/4 pojemności to podjęłam się szybkiego ratowania mgiełki. Akurat kończył mi się jakiś produkt do włosów - wylałam te ostatnie krople, wypłukałam butelkę i przelałam mój ukochany zapach w nowe miejsce. Całe szczęście - byłaby to ogromna strata.

Kolejny zapach to woda toaletowa z Oriflame - miała się pojawić w ulubieńcach, ale wyjechałam i post jakoś nigdy się nie pojawił. Po powrocie czekała na mnie jeszcze resztka produktu, w sam raz na ostatnie użycie. Niestety, zapach First Rendezvous pojawia się w katalogu niezwykle rzadko - pojawia się w edycji limitowanej. Na stronie widnieje cena 39.90, jednak ja kupiłam go za 15-20 zł. Jakiś czas temu wypatrzyłam go w jakiejś ulotce i zamówiłam jeszcze jedno opakowanie. Na razie go oszczędzam. Co do samego zapachu - nie znam się na nutach zapachowych, ale wyobraźcie sobie sytuację: dziewczyna przytula się do chłopaka (ale takiego przystojnego) i ich zapachy mieszają się ze sobą. Tak właśnie mi to pachnie - niby świeżo, ale z mocnym akcentem, niby kobieco, ale ma też w sobie coś z męskiego zapachu. Dla mnie cudo!



W tym miesiącu w denku wylądowało dużo kosmetyków Avon. O tuszu Supershock MAX pojawił się już post. Całkiem niezły tusz, ale bywał kapryśny.

U góry korektor rozświetlający w pędzelku - nawet mi się podobał efekt rozświetlenia, ale nie można się po nim spodziewać super krycia. Jego największym minusem jest to, że jest bardzo niewydajny - to moje któreś z kolei opakowanie. Wyrzucam, bo leżał zapomniany bardzo długo - przerzuciłam się na korektory które mają szansę lepiej zakryć moje monstrualne cienie pod oczami.

Dalej aż dwa korektory w sztyfcie z serii Color Trend. Bardzo dobry, jest jednak bardzo ciężki - pod oczy nie nada się absolutnie. Za to bardzo dobrze zakrywa niedoskonałości skóry. Od jakiegoś czasu nie mam jednak większych problemów z cerą więc zmienię go na coś lżejszego.

Do czarne kółko to paleta kolorowych korektorów - teraz jest reklamowana jako wielka nowość w Avon. Ten produkt pojawiał się w katalogach już od bardzo dawna, ale w edycjach limitowanych. Zużyłam trzy kolory. Ostatni pomarańczowy został - nie przydał mi się do niczego. Nie chcecie wiedzieć ile przeleżał czekając na swoją szansę. Niestety, od tego czasu wypróbowałam inne kolorowe korektory które były znacznie, znacznie lepsze niż te z Avonu. Teraz, gdy mam porównanie, stwierdzam, że były raczej kiepskie. Szansy nie będzie.



Kolejne dwa produkty do twarzy. Koło to pozostałość po pudrze Stay Matt od Rimmel. Bardzo go lubię. Dobrze matuje, nie robi maski na twarzy. Szczerze nie cierpię za to jego opakowania - górna część zawsze mi popęka, aż w końcu rozsypie się w drobny mak. Teraz mam kolejne opakowanie i zgadnijcie co? Już pękło! A co z nim zrobiłam? Tylko kilka razy otworzyłam (o ja niedobra...).

Na ten kosmetyk czekałam od kiedy zaczęłam pisać ten post. Podkład od Miss Sporty, So Energetic Natural Radiance i blablabla... Najlepiej to spalcie. Poważnie. Najgorszy podkład jaki miałam na twarzy... przez może jakieś 2 minuty. Po tym czasie od nałożenia podkład zaczął się rolować. Nie musiałam nawet dotknąć twarzy. Wyglądało to, jakbym nie myła twarzy przez tydzień. Okropieństwo. Dawałam mu kilka szans, na różnych kremach. Produkt beznadziejny.



Powróciłam do WellnessPack z Oriflame. Choć moje paznokcie są już w nieco lepszej kondycji i nawet pozwalam sobie na ich malowanie, to boję się, że coś może zaraz popsuć. Nie używałam go przez wyjazd, zwyczajnie nie chciało mi się go targać. Teraz z okazji zimy czuję się lekko osłabiona, stwierdziłam więc, że zużyję to, co już mam. Na razie nie jestem w stanie wiele napisać. Zobaczymy.

Na sam koniec dwie próbki. Cytrusowy krem rozjaśniający firmy Frutique był cudowny, więc spodziewałam się podobnych zachwytów na temat żelu peelingującego z ekstraktem z papai. Niestety - śmierdzi okrutnie, na produkt jakby nie chciał się do końca zmyć, stworzył na twarzy dziwną barierę, która potem rolowała mi się na twarzy podobnie do podkładu z Miss Sporty. Brrrr!

Generalnie lubię kremy z Ziai. Spróbowałam kremu Ulga na dzień i myślę, że w przyszłości skuszę się na pełne opakowanie. Nawilża, szybko się wchłania i koi skórę. Po takiej niewielkiej ilości wydaje się przyjemnym produktem.


Jak widzicie denko nie jest szczególnie duże. Cieszę się, że w końcu pozbyłam się totalnych bubli - podobne czystki muszę robić częściej. Czekam na Wasze denka i liczę na fajne rekomendacje :)

piątek, 23 maja 2014

Ciekawy przypadek tuszu SuperShock Max

Będzie to historia pewnej znajomości: pełnej wcześniejszych uprzedzeń, trudnej z początku i cechującej się nagłymi zwrotami akcji. Czy ma szanse na szczęśliwe zakończenie i ciąg dalszy?



Przedstawiam SuperShock Max od Avon - tusz, którego testom oddałam się w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Przez cały czas stanowił on (z małymi wyjątkami) jedyny kosmetyk jaki nakładałam na swoje rzęsy. Teraz jego żywot zbliża się powoli ku końcowi. Pora więc na podsumowanie.
Dostępność: u konsultantek Avon

Cena: 36 zł (w promocji 15 zł)

Producent mówi:
"Maksymalny efekt - do 15x grubsze rzęsy bez żadnych grudek. Szokuj spojrzeniem! Zaawansowana pogrubiająca formuła z powiększającymi włóknami i proteinami otacza każdą rzęsę, nadając jej maksymalną objętość bez obciążania. Innowacyjna spiralna szczoteczka ze specjalnie wyprofilowanymi zygzakowatymi kanalikami nakłada na rzęsy maksymalną ilość tuszu."
(źródło)



Stonefox mówi:
Na początku chcę poświęcić minutę zachwytu nad opakowaniem. Wszystkie tusze z tej serii posiadają duże i toporne opakowania, zresztą nie bez powodu, jak się za chwilę okaże. Jednak tylko tusz z, jak myślę, limitowanej, wiosennej edycji zdobi wzór w pawie pióra. Intensywne kolory przyciągają wzrok - coś pięknego! Nie ukrywam: do kupna tego produktu skusiło mnie tylko jego opakowanie...

Jak już wspomniałam, produkt nie ma wymiarów kieszonkowych. Powodem tego równie niekieszonkowych rozmiarów szczotka. Gdy pierwszy raz ją zobaczyłam, stwierdziłam, że w powodzeniem można wydłubać nią sobie oko jak również kogoś wykastrować. Z tak wielką plastikową jeszcze się nie spotkałam. Tym bardziej, że to podstawa szczotki jest słusznych rozmiarów - włoski są natomiast bardzo krótkie.



Samo posługiwanie się szczotką jest wygodne. Wydaje mi się, że problem stanowi sama formuła tuszu. Spieszę z wyjaśnieniem.
Początkowo tusz był OKROPNY: bardzo suchy, trudny do rozprowadzenia. Dodatkowo pozostawiał na rzęsach ogromną liczbę grudek. W ciągu dnia stopniowo się osypywał, by wieczorem nie pozostało z niego na rzęsach właściwie nic. KOSZMAR! Przyjrzałam się bliżej szczotce i żałuję, że nie zrobiłam wtedy zdjęcia -  kosmetyk osadzał się na niej nierównomiernie: niektóre miejsca nie nabierały w ogóle produktu, w inny zaś było go aż za dużo. Można powiedzieć, że zachowywał się jak typowy tusz, który wysechł. Produkt dotarł do mnie jednak to mnie szczelnie zafoliowany, mam więc pewność, że nikt przede mną go nie otwierał. Stwierdziłam, że porażka tego tuszu polega na połączeniu zbyt gęstej formuły i kiepskiej szczoteczki.

Używałam go jednak dalej. Może potraktowałam to jako karę za to, że "poleciałam" na opakowanie?
W każdym razie dobrze postąpiłam.

Po około dwóch tygodniach nastąpił niespodziewany zwrot akcji. Grudki zniknęły, tusz przestał się osypywać i grzecznie pozostał na rzęsach do końca dnia. Formuła tuszu zrobiła się rzadsza i co za tym idzie, równo rozkładała się na szczotce. Zwykle tusze gęstnieją wraz z upływem czasu - Supershock Max robi dokładnie na odwrót. Można rzec: im starszy, tym lepszy. Kilka razy złapałam się nawet na tym, że myślę o wypróbowaniu kolejnego tuszu z serii Superschock.



Tak prezentuje się na moich rzęsach obecnie Kosmetyk delikatnie je wydłuża i delikatnie pogrubia - na pewno nie piętnastokrotnie. Podpisuję się w stu procentach pod wypowiedzią Hani (digitalgirl13), że to dobry tusz na co dzień (choć w początkowej fazie używania przeze mnie tego produktu zastanawiałam się, jak można chwalić tego potwora :P). Obecnie uważam, że to całkiem dobry kosmetyk.

Pytanie jednak brzmi, czy chcecie ryzykować kupno tuszu który jest tak niepewny i kapryśny: na moich rzęsach sprawdził się znacznie lepiej po dwóch tygodniach. Części osób może on odpowiadać na początku, kiedy jest bardziej gęsty - wtedy dwa tygodnie to bardzo mało na zużycie tuszu.

Jeśli lubicie dreszczyk emocji i delikatne podkreślenie rzęs - polecam.

sobota, 15 marca 2014

Stopniałe w lutym (denka)

Mimo moich obaw luty był dla mnie dość szczęśliwy pod względem wykończonych kosmetyków. Był okres gdy codziennie wrzucałam coś do denkowej torby tak jakby mazidła się zmówiły. Może nie jest ich imponująca ilość, ale myślę, że wyrobiłam miesięczną normę. Oto kosmetyki które odeszły wraz z zimą:


Bielenda Bawełna płyn do demakijażu oczu - kupiony zupełnie przez przypadek. Akurat skończyło mi się wszystko do zmywania makijażu. Nie chciało mi się iść do drogerii (jak to często bywa), więc wybrałam coś w Carrefourze, ot, żeby jakoś przetrwać. Wybór padł właśnie na produkt Bielendy. Słyszałam o nim nie za dobre opinie, jednak postanowiłam zaryzykować. I słusznie: bardzo dobrze zmywa makijaż, nie piecze oczu, jest dość wydajny. Bardzo przyjemny produkt. Pewnie do niego wrócę.

Dwa produkty z Oriflame: tonik balansujący oraz żel do mycia twarzy z serii Optimals do cery normalnej i mieszanej. W obu przypadkach to już drugie moje opakowania. Tonik bardzo lubię - uspokaja cerę, nawilża ją. Jedynym minusem jest to, że szybko się kończy (a może to mnie po prostu toniki schodzą szybciej niż woda). Co do żelu, to po pierwszym opakowaniu nie byłam nim zachwycona. Nie żeby był zły, ale stwierdziłam, że to nic specjalnego. Kupiłam drugi w zestawie, ze względu na tonik. Teraz, gdy męczę bubla z Balei, naprawdę za nim tęsknię! Bardzo mocno się pieni, co mi przeszkadzało, ale przyznać mu trzeba, że jest delikatny, a twarz zmywa jak marzenie.



Kolejny obiekt tęsknoty to krem nawilżający na dzień Essentials, również od Oriflame. Zdecydowanie najlepszy krem jaki miałam w swoim prawie dwudziestoczteroletnim życiu, a pisałam o nim w listopadowych ulubieńcach. Teraz używam wersji migdałowej, wypuszczonej z okazji Świąt i spodziewałam się, że będzie jeszcze lepszy. Jednak to nie to samo. Jak tylko zużyję zapasy, zamawiam go czym prędzej!




Za tymi produktami tęsknić nie będę. Po raz kolejny kosmetyki Oriflame, tym razem świąteczna limitowana seria Fairy City Lights. Jak dobrze, że jest limitowana! Żel pod prysznic nie był zły, powiem więcej jest przyzwoity - szaleńczo wydajny, ładnie pachnie (choć zapach nie utrzymuje się na skórze), nie wysusza, myje. Był w porządku, ale można to powiedzieć o mnóstwie innych produktów tego rodzaju.
Za to dezodorant antyperspiracyjny to jakiś dramat. Teoretycznie pachnie ładnie, jednak po nałożeniu go zapach się zmienia i przestaje być przyjemnie. Masakrycznie brudzi czarne ubrania i co chyba najgorsze - najlepiej poprawiać go dwa lub trzy razy na dzień, bo nie daje rady. Także dziewczyny, jakbyście nie miały co robić - bardzo polecam tego bubla. ;) Ja chcę o nim zapomnieć.




Kolejny z wykończonych ulubieńców i kolejny sygnowany przez Oriflame, czyli regenerujący krem do rąk na noc z serii Swedish Spa. Szkoda, że tak szybko się skończył. Podczas zasypiania bardzoe przeszkadzają mi suche dłonie. Zdarza się nawet, że budzę się w nocy i dłonie mam suche jak wióry. Z tym produktem nie miałam tak ani razu. A takie zasługi się pamięta i zaprocentują na przyszłość.



I znów listopadowy ulubieniec (i ostatni na dziś od firmy rodem ze Szwecji), ale jak kosmetyk lubię, to nie spocznę, póki go nie unicestwię. Everlasting to bardzo fajny podkład, ze średnim jak na mój gust kryciem. Trwały i wydajny. Myślę, że kupię go ponownie po lecie.



Prawdziwa rzadkość: jedno denko, dwa eyelinery! Stożkowaty to eyeliner z Wibo - tak wymęczony, że już nie widać na nim napisów. Ponownie przypadek, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Czarny, wygodny w użyciu, nie rozmazuje się. Jego wydajność jest kosmiczna - służył mi tak długo, że aż mi się znudził. Teraz mam czas na odpoczynek, ale po urlopie, w chwilach zwątpienia, na pewno po niego sięgnę.

Drugie mazidło dostałam w spadku od mamy, której się kompletnie nie sprawdził. Ja o Extra Lasting z Avon mogę powiedzieć to samo. Końcówka pisaka którym aplikujemy produkt jest bardzo twarda, a nie ma nic gorszego jak drapanie sobie oczu... W dodatku nie jest czarny, jak głosi napis na naklejce, ale szary. Wychodzę z założenia, że jeżeli chciałabym szary eyeliner, kupiłabym szary eyeliner. Produkt nie jest wykończony, jednak dziękuję mu bardzo, ale nie dam się robić na szaro.




Pora na próbki, miniaturki i inne pierdółki. Kremowe mydło z kaszmirem Ziai zużyłam gdy nocowałam poza domem, a nie chciało mi się targać całego żelu na jeden wieczór. Jak na razie podoba mi się zapach, wydaje się delikatne. Myślę, że zaopatrzę się w pełen produkt i wtedy będę mogła powiedzieć coś więcej.

Miniaturka wody toaletowej La Rive Woman  - Pink. Woda na wyjście "do sklepu po bułki" - tania, nietrwała, ale mimo wszystko przyjemna. Kobiecy i świeży zapach.

Ostatnim produktem jest serum intensywnie regenerujące od Perfecty. Saszetka starczyła mi na ok. 5-6 użyć. Postanowiłam je przetestować po kilku nocach podczas których spałam około dwóch lub trzech godzin. Moja cera była szara a cienie pod oczami ogromne. Trudno mi jednak oceniać jego działanie jeżeli chodzi o usuwanie oznak zmęczenia -  gdy zaczęłam go używać w końcu udało mi się zasnąć na całą noc - jednak nie sądzę, by chwilowe pokonanie bezsenności było zasługą tego produktu. Siłą rzeczy moja cera po większej dawce snu wyglądała lepiej. Serum wydaje się jednak fajne - ma przyjemny, cytrynowy zapach, szybko się wchłania, nadaje się pod makijaż. Myślę, że kupię jeszcze jedno opakowanie - może następnym razem okoliczności testowania będą bardziej sprzyjające.


Mnóstwo w denku produktów Oriflame - jak się nakupowało, to teraz trzeba zużyć. Ciągłe pisanie w większości o jednej firmie jest już dla mnie nużące, a co dopiero dla Was. Chociaż lubię te kosmetyki to czuję przesyt i chcę trochę od nich odpocząć. W następnym denku mogą się jeszcze pojawić ich specyfiki, jednak te, które akurat rozpoczynam, pochodzą od innych firm. Mam nadzieję, że po pewnym czasie wrócę do nich z zapałem. ;)

Trzymajcie się ciepło i denkujcie do upadłego!

środa, 5 lutego 2014

Pokonane w styczniu (denka)

Po ostatniej sadze pustych pudełek z przyjemnością zapowiadam kosmetyki, które udało mi się wykończyć w styczniu. Tym razem osiągnięcia skromne.



O ile w poprzednim denku dominowały pozytywne i bardzo pozytywne opinie o zużytych produktach, to tym razem doznania są różnorodne.

Pozostając jednak jeszcze chwilę przy poprzedniej tendencji: skończyłam jeden ze swoich ulubionych produktów, o którym wspominałam w ulubieńcach listopada (i tam też o nim trochę więcej).  Żałuję, że emulsja z woskiem pszczelim od Anidy już się skończyła - od długiego czasu stale gości na moim biurku a smarowanie nią rąk wchodzi w skład rytuału szykowania się do snu. Obecnie zastąpił ją regenerujący krem do rąk na noc z Oriflame który z kolei pojawił się w ulubieńcach ostatniego miesiąca, ale na pewno do niej wrócę - emulsja jest jednak odrobinę lepsza. Niech tylko wypatrzę jakąś promocję ;).




Pod koniec roku odkryłam przyjemność nakładania maseczek. Teraz jest to dla mnie czas relaksu. Wcześniej owszem, zdażyło mi się kupić maseczki, ale nie byłam do tego w pełni przekonana. To już minęło, ale maseczki zostały. Staram się stopniowo je wykańczać. I tak do denka trafia maseczka głęboko oczyszczająca pory Tajski Kwiat Lotosu z Avon.  To moja ulubiona z całej serii Planet Spa. Oczyszcza najlepiej, wygładza skórę, pięknie pachnie i nie brudzi wszystkiego tak jak maska błotna. Na pewno kupię ponownie.
 

Dawniej firma Lirene nie kojarzyła mi się pozytywnie, myślałam o niej jako o pielęgnacji dla osób dojrzałych ale "po taniości". Zupełnie przypadkiem kupiłam całkiem niedawnie żel myjący do twarzy i teraz zerkam na ich kosmetyki o wiele chętniej i przychylniej. Po świetnym płynie miceralnym postanowiłam wypróbować tonik nawilżająco-oczyszczający. I naprawdę robi obie te rzeczy. Dobrze doczyszcza skórę ale też po zastosowaniu tego kosmetyku nie jest napięta, jest miękka i czuć, że jest nawilżona. Jak dotąd tonik był dla mnie kosmetykiem który musi palić i zostawiać skórę napiętą. Z chęcią zakupię ten od Lirene ponownie.

Kolejnym produktem jest płyn do zmywania makijażu wodoodpornego od Oriflame. I to już kosmetyk co do którego mam mieszane uczucia. Nie szczypie oczu, dobrze usuwa makijaż ale jednak trochę rozmazuje po twarzy tusz do rzęs i eyeliner, a nie używam kosmetyków wodoodpornych. Zastanawiam się więc, czy jeżeli z moim makijażem nie radził sobie celująco, to czy upora się z kosmetykami które o wiele trudniej usunąć. Jest przyzwoity i wart przetestowania, jednak pojemność jest niewielka, produkt nie starcza na długo. W tej samej lub niższej cenie możemy kupić płyn z Lirene w większej pojemności który działa jak marzenie.

Nie chcę jednak całkiem przekreślać płynów z Oriflame, dlatego zaopatrzyłam się jeszcze w jego fioletowego brata. Również pojawi się w swoim czasie na blogu.


Kolejny zdenkowany kosmetyk z Oriflame to różowy dezodorant w kulce z serii Silk beauty. Pachnie przepięknie - słodko, cukierkowo, landrynkowo. Zupełnie niespotykany zapach jeżeli o dezodoranty chodzi. Nie przeszkadzał on w użytkowaniu. Produkt sprawował się dobrze, ale brudził czarne ubrania na biało i z tego względu pewnie nie kupię go ponownie.

Jestem w trakcie testów serum do rzęs o którym wspominałam w tym poście. Wcześniej jednak próbowałam serum do rzęs z L'biotica. Cudów nie było, ale rzęsy przestały tak bardzo wypadać przy demakijażu. Wydaje mi się także, że rzęsy stały się ciemniejsze (normalnie moje rzęsy są bardzo jasne, prawie blond). Zwiększenia gęstości czy długości nie zauważyłam.




Na koniec wśród denek znalazła się także kolorówka. Puder sypki z Oriflame opisywałam już w listopadowych ulubieńcach i nic się nie zmieniło. Świetny produkt, mój pudrowy faworyt. W dodatku jest bardzo wydajny. Nie widzę powodu dla którego miałabym do niego nie wrócić - jest super!

Korektor Magic Pen z Lovely kupiłam na ostatniej promocji w Rossmanie za kilka złotych. Stosowałam go tylko pod oczy, dla rozświetlenia. Faktycznie to robił, ale efekt jest bardzo bardzo delikatny i nietrwały. Poza tym jest bardzo mało wydajny starczył mi może na dwa tygodnie codziennego stosowania. Niewart nawet tak niskiej ceny.




Tym razem pustych opakowań nie było dużo i aż strach pomyśleć ile zużyję w lutym (albo raczej: ile nie zużyję :P).
Trzymajcie więc kciuki za mnie i moje kosmetyki, żeby chciały współpracować. Z Waszym duchowym wsparciem post lutowy na pewno powstanie ;).

Miłego wieczoru!

niedziela, 2 lutego 2014

Pierwsi faworyci 2014

Styczeń minął tak szybko, że nawet go nie poczułam! Dlatego wydawało mi się, że ulubieńców nie będzie wcale, albo że będzie ich bardzo mało. Jednak po zastanowieniu wybrałam produkty których używanie sprawiło mi przyjemność i jak się okazuje, wcale nie jest ich tak mało:




Pierwszy niech będzie najnowszy ulubieniec, który do zestawienia dostał się rzutem na taśmę. Jest to miłość od pierwszego wejrzenia! Chodzi o odżywkę Ultra Doux z olejkiem awocado i masłem karite firmy Garnier. Zapamiętałam, że chwaliła ją Anwen w poście dotyczącym produktów z emolientami. Wiedziałam, że chcę ją wypróbować, ale chciałam zużyć to, co już mam. Impulsem do zakupu była wizyta u mojej znajomej fryzjerki, która zjechała mnie od stóp do głów za stan moich włosów. Pomyślałam, że to wina m.in. szamponu bez silikonów. Potem zauważyłam że moje włosy zaczęły się strasznie elektryzować. Wtedy pobiegłam do drogerii i pomyślałam tylko o tej odżywce. I to był strzał w dziesiątkę! Włosy przestały się elektryzować już po pierwszym użyciu, cudownie pachną, są miękkie i wyglądają na gładsze. O wiele łatwiej się je rozczesuje i nie są już sianowate. I powtarzam jeszcze raz: to wszystko już po pierwszym użyciu. Bardzo możliwe, że to najlepsza odżywka jaką miałam do tej pory.

A co zrobię z szamponem (kokosowy z Balea)? Nie przychodzi mi nic innego jak poczekać z nim do wiosny lub lata.




O uwielbianym przeze mnie kremie do rąk z woskiem pszczelim pisałam w ulubieńcach listopadowych. Już wtedy był na wykończeniu. Gdy wylizałam go do suchości nie pobiegłam od razu do apteki, tylko sięgnęłam do swoich kosmetycznych zapasów. Padło na regenerujący krem do rąk na noc Swedish Spa od Oriflame. W tubce ma dość mocny, imbirowy zapach który mnie osobiście bardzo się podoba. Bałam się jednak, że siła zapachu nie pozwoli mi zasnąć. Niepotrzebnie - zapach na skórze momentalnie łagodnieje, nie drażni nosa, jest przyjemny. Sam produkt szybko się wchłania, mimo że jest dość treściwy.





Kolejny zadowalający produkt powraca regularnie mniej więcej od 3 lat, zawsze w okresie zimowym. Po krem antyseptyczny Sudocrem sięgam, gdy moja cera zaczyna wariować od mrozu na dworze i ogrzewania w pomieszczeniach. Na mojej twarzy pojawiło się sporo wyprysków, a ten krem dobrze sobie z nimi radzi i uspokaja cerę. Sprawdził się i tym razem, dlatego ląduje w ulubieńcach miesiąca. Używam go jako kremu na noc, bo długo się wchłania i pozostawia na twarzy białawą powłokę.



Czas na kolejne produkty do twarzy. Nie chodzi jednak o te kosmetyki same w sobie, ale o ich połączenie: maseczki z Avon i maseczki z Oriflame (niech świat płonie!). Maseczka błotna z minerałami z Morza Martwego z serii Planet Spa dobrze oczyszcza skórę, sprawia że jest gładka i jędrna. Wypryski po jej zastosowaniu następnego dnia są mniej widoczne. Jednak tym, co dopełnia cały zabieg, jest Oriflamowa nawilżająca maseczka Pure Nature z organicznym ekstraktem z białej herbaty. Po oczyszczeniu twarzy pierwszą maseczką, nakładam Pure Nature. Cudownie chłodzi skórę, uspokaja ją. To relaks dla skóry w czystej postaci. Po zmyciu produktu twarz jest nie tylko gładka, ale i miękka jak pupcia niemowlęcia i czuć, że jest naprawdę dobrze nawilżona. Poza tym, ta maseczka naprawdę pachnie herbatą!

Nieskromnie napiszę, że to połączenie jest genialne. Na mnie sprawdza się świetnie - żadne inne maseczki nie dały mi tak fajnego rezultatu, który w dodatku czuję przez następne 2-3 dni.



Jeśli chodzi o zapach, w styczniu królowała woda toaletowa Fairy City Lights z Oriflame. To typowo zimowy zapach, przywodzący na myśl pieczone jabłko. Jest dość mocny i kobiecy. Nie utrzymuje się jednak cały dzień, więc w ciągu dnia warto go poprawić. Nie zmienia to jednak faktu, że to zapach z kategorii tych, które lubię najbardziej: zimowy, otulający, lekko korzenny.




Aż trzy ze styczniowych ulubieńców to produkty do ust. Pierwszy to cukrowy scrub do ust o zapachu Pina Colada firmy Bomb Cosmetics. Przepięknie pachnie, jest delikatny a jednak zdziera naskórek i ma fajny sklad - zawiera masło shea, olej z nasion Inicznika oraz oliwę z oliwek. Świetnie wygładza usta.

Kolejnym kosmetykiem przeznaczonym na usta jest Nivea Lip Butter o smaku/zapachu wanilii i orzechów macadamia. Faktycznie, zapach jest słodko-orzechowy, intensywny i absolutnie cudowny. Masełko jest tłuste jednak nie lepi się. Przy użyciu produktu na noc rano usta są miękkie gładkie i zregenerowane. Takie też było moje pierwsze zastosowanie. Z okazji zimy, śniegu i mrozów przeniósł się także do mojej torebki i w ciągu dnia, przed wyjściem na zewnątrz także dobrze się sprawdza i chroni usta przed pękaniem.




Kolejny produkt do ust to nieliczna w tym poście kolorówka, czyli szminka Lasting Finish by Kate o numerze 103 od Rimmel. Już wcześniej miałam jeden kolor z tej kolekcji, postanowiłam powiększyć swoje zbiory o kolejne dwa kolory. Moje serce skradł jednak numer 103, który wygląda niepozornie (właściwie w opakowaniu przypomina kolor spranych gaci), ale na ustach prezentuje się rewelacyjnie. To mój naturalny kolor - tylko lepszy! Mocniejszy, podbity, genialny. Wygląda naturalnie, ale jednocześnie przyciąga wzrok. Nadaje się właściwie do każdego makijażu.

Co do całej serii tych szminek to są bardzo przyjemne w użyciu i komfortowe w noszeniu. Są dość trwałe, a jeżeli już schodzą z ust to nadal wyglądają estetycznie (posiadam same delikatne, jasne kolory, jeżeli posiadacie ciemniejsze odcienie - dajcie znać jak one się sprawują).




 
Ostatni ulubieniec od jakiegoś czasu bardzo często pojawia się na blogach. U jednych wzbudza zachwyt, inni ostro go skrytykowali. Paleta cieni Nude make up kit z Lovely to nie produkt idealny, jednak używało się go przyjemnie i w styczniu często do niego wracałam. Na pewno nie jest to zamiennik palety z Urban Decay, ale to niezła opcja dla początkujących. Cienie łatwo się blendują (niekiedy nawet za bardzo - trzeba uważać żeby nie znikły z powieki całkowicie), jednak dla mnie, osoby, która na co dzień ma sporo problemów z ładnym rozmazaniem kolorów była to dobra opcja na szybki makijaż. Osypywania się nie zauważyłam, ale cienie nie są trwałe. O ile przy brązach i różach różnica jest niewielka, to srebrno-szare kolory okropnie schodziły zostawiając na środku powieki nieestetycznie wyglądające puste miejsca. Do tych kolorów podchodzę bardzo ostrożnie, reszta jest całkiem w porządku. Za ok. 12 złotych można uznać ten produkt za niezły.



To już wszystkie produkty które upodobałam sobie w styczniu - aż dziwne, że było ich tak dużo! Tak jak zapowiadałam, postaram się co miesiąc dodać także post o zdenkowanych produktach. Nie będzie ich więc dużo, ale to właśnie ich możecie się spodziewać w najbliższym czasie.

Życzę Wam miłego i ciepłego wieczoru ;)

niedziela, 5 stycznia 2014

Czyste konto z Gościem Specjalnym! część druga

Mówi się, że nie należy przenosić niedokończonych spraw ze starego do nowego roku... ale ja właśnie tak zrobiłam :P  Wszystkiego najlepszego w 2014 i miłego czytania/oglądania kolejnej części ogromnego, gigantycznego, monstrualnego DENKA!


Gość Specjalny oczywiście dalej czuwa - oto kolejna część tego, co wyleciało z jego pustej głowy.


 Mała porcja kolorówki, ale wylizana do suchości, co najlepiej świadczy o tym, jak bardzo lubię te produkty. Pierwsze pudełeczko, wyraźnie po przejściach to puder ryżowy firmy Mariza. Nie, nie spadł z siódmego piętra i nie dlatego jest sklejony taśmą. Opakowanie jest bardzo słabe, wieczko pęka podczas normalnego używania produktu, a pokrywka z dziurkami wyskoczyła już podczas próby odklejenia folii zabezpieczającej, oczywiście wysypując mnóstwo produktu. To jedyna wada tego produktu - kosmetyk sam w sobie jest świetny, matuje skórę na wiele godzin przy użyciu zaledwie niewielkiej ilości pudru. Nie pozostawia na twarzy "efektu ciasta".  Gdyby nie opakowanie, byłby to puder idealny.
Następny jest róż Silky Touch Essence - tak wygląda każde zużyte przeze mnie opakowanie, nie mogę sobie darować chociaż odrobinki tego produktu. A zużycie takiego opakowania jednak trochę trwa. Delikatnie rozświetla, pod żadnym pozorem nie robi plam i długo pozostaje na skórze. Eksperymentuję z różnymi kolorami. Zdecydowany faworyt.
Przy kolejnym kosmetyku niespodzianki nie będzie - to również ulubieniec. Tusz do rzęs I <3 extreme to dla mnie najlepszy tusz od Essence. Nie osypuje się, nie skleja rzęs, ładnie pogrubia i delikatnie wydłuża rzęsy. Jest bardzo wydajny i w połączeniu z dużą pojemnością sprawia, że niemożliwe dla mnie jest pełne zużycie tego tuszu przed jego zgęstnieniem. Na szczęście nie następuje to zbyt szybko.
Chociaż w poprzedniej części zmuszona byłam zjechać szampon do włosów Avon, to w tej części firma się rehabilituje. Mowa o kremie BB Ideal Flawless - może nie jest to krem BB, ale na pewno jest to bardzo fajny, lekki podkład na cieplejsze miesiące. Delikatnie kryje i rozświetla skórę. Po nałożeniu produktu twarz można jeszcze lekko przypudrować, jednak ja często z tego rezygnowałam. Na pewno wrócę do niego na wiosnę.


Testery wód toaletowych La Rive trafiły do mnie przez przypadek przy likwidacji sklepu, w którym pracowała znajoma. Pewnie nawet bym o nich nie wspomniała, gdyby nie to, że jeden z tych zapachów został moim ulubieńcem: Grey Point - rozstałam się z nim z bólem i jakie było moje zdziwienie, gdy przy poszukiwaniach tej wody na Allegro okazało się, że to zapach męski! Cóż, dla mnie to typowy unisex. Z kolei Magic Girl to bardzo słodki zapach, duszący. Niespecjalnie przypadł mi do gustu. Lubię pachnieć inaczej w zależności od nastroju, pory roku, etc. i jak widać nawet ten, niekoniecznie w moim stylu zapach, miał swój czas. To wody mało wydajne, zapach nie utrzymuje się na długo, jednak na co dzień lub "do sklepu po bułki" w zupełności dla mnie wystarczający.


Odchodząc od kosmetyków, ale nadal zostając przy tematyce urody - od października udało mi się wykończyć aż 3 opakowania witamin z Oriflame, czyli WellnessPack dla kobiet. Jestem dumna, że udało mi się (i nadal udaje) brać je systematycznie. Co mnie bardzo ucieszyło i czego się właściwie nie spodziewałam - odkąd zaczęłam zażywać te witaminy, moje włosy zaczęły szybciej rosnąć. Marzę o długich włosach, więc w dalszym ciągu korzystam z tego zestawu. Zastanawiam się czy post z opisem i recenzją produktu jest dobrym pomysłem?

I tak projekt denko dobiegł końca! Mam teraz nauczkę, by nie zbierać wykończonych produktów przez tak długi czas. Dlatego też post z Projektem Denko będzie się pojawiać na blogu raz w miesiącu. Następny pod koniec stycznia lub na początku lutego.

Denkujcie ile wlezie i trzymajcie się ciepło. :)

wtorek, 31 grudnia 2013

Czyste konto z Gościem Specjalnym! część pierwsza

Powracam po świątecznej przerwie dobrze najedzona, czyli o kilka kilogramów cięższa, ale i zmęczona. Uwijanie się przy świątecznych przygotowaniach tylko pogorszyło kontuzję nogi, której nabawiłam się jakiś czas temu. Zamieszanie związane z Bożym Narodzeniem i ból sprawiły, że nie miałam sił do napisania czegokolwiek. Po świętach byłam zmuszona położyć się do łóżka na kilka dni. Jako że dziś ostatni dzień roku, pomyślałam, że warto w 2014 wejść z czystym kontem, a w tym pomoże mi Gość Specjalny...

 


Po co on tutaj? Co przyniósł ze sobą? Jakie ma zamiary? Niestety, nie odpowiedział. Ma pustkę w głowie...



... czyli Projekt Denko! Jeżeli oglądanie moich śmieci wydaje się komuś interesujące - Zapraszam!


Wykańczać produkty zaczęłam już w październiku, kiedy to zaczęłam zastanawiać się nad założeniem bloga. W pierwszej chwili wydawało mi się, że produktów jest strasznie dużo. Chociaż, biorąc po uwagę, że zużyłam je w ciągu 3 miesięcy...może nie tak dużo. ;) Miałam problem z decyzją, w jaki sposób pogrupować produkty, jednak mam nadzieję, że taki podział się sprawdzi.


Na pierwszy ogień idą produkty, którymi pieściłam swoje ciało. ;) Dezodorant Garnier Mineral dobrze się sprawdził: jest bardzo wydajny, nie ma drażniącego zapachu i co dla mnie bardzo ważne - nie brudzi ubrań na biało czy żółto. Działał bardzo dobrze, ale czy przez całe 48 godzin, jak obiecuje producent, nie było mi dane sprawdzić (jak widać, żele pod prysznic szły w ruch częściej niż raz na dwa dni. ;)

I tak wyszły trzy żele pod prysznic: Avon o zapachu truskawki i białej czekolady - znacznie lepiej sprawdza się mgiełka w tym zapachu. Żel nie pachnie już tak dobrze i wali po nosie sztucznością. Bardzo się pieni, nie wysuszał mojej skóry, jest całkiem wydajny. Zmieniłabym opakowanie - trzeba się naprawdę postarać by wydobyć końcówkę produktu.
Dalej dwa żele firmy Mariza: pierwszy Świąteczny czas - żel ze specjalnej świątecznej edycji, w opakowaniu-bombce. Pochodzi jeszcze z zeszłego roku, kiedy nakupowałam cała masę tych żeli. Zapach kojarzy się z pieczonym jabłkiem, cynamonem i odrobiną skórki pomarańczowej. Uwielbiam takie "zimowe" zapachy i bez skrupułów używam ich nawet w środku lata. Zapach obłędny, sam produkt jest bardzo wydajny i nie wysusza skóry. Lekki zapach pozostaje na skórze, żałuję jednak, że brak w tej serii balsamu do ciała by ten zapach wzmocnić. To już ostatni taki żel w moich zapasach i mam nadzieję, że uda mi się go dostać na poświątecznej wyprzedaży. Kolejny, z Linii Spa o zapachu Granata, z oliwą z oliwek i D-panthenolem. Zdecydowanie najbardziej nawilżający ze wszystkich wcześniej opisanych, o pięknym orzeźwiającym zapachu. Bardzo wydajny, fajnie się pieni i ma ciekawą konsystencję, która osobiście kojarzy mi się z żelkami-gumisiami. Bardzo polecam.

I na koniec coś, co myślę, że większość doskonale zna: płyn Ziaja Intima - krzywdy nie robi, ładnie pachnie i jest diabelsko wydajny. Wykończenie tego produktu to naprawdę wyczyn (umówmy się, że na jedno użycie nie potrzeba go dużo. ;) Bardzo dobry i bardzo tani.


  

Z produktów do dłoni i stóp tylko dwa zasługują na uwagę: Avon Foot Works o zapachu Mojito balsam do stóp - świetny produkt, właściwie cała seria. Nie wiem, po co wydawać pieniądze na produkty Scholl, skoro można mieć równie dobry produkt po taniości. Osławioną już odżywkę Eveline 8 w 1 najpierw stosowałam zgodnie z zaleceniem producenta, czyli dokładając przez 4 dni kolejne warstwy odżywki, potem zmywanie i znowu nakładanie. Im więcej warstw, tym odżywka trudniej wysychała i gorzej wyglądała na paznokciach, więc zdecydowałam się na stosowanie jej jako bazy pod lakier (poza tym, trudno było wytrzymać bez koloru na paznokciach). Przy stosowaniu tej odżywki paznokcie faktycznie się wzmocniły, nie łamały się tak szybko jak wcześniej i nawet udało mi się wyhodować przyzwoitej długości pazurki. Stosowana jako baza sprawia, że lakier dłużej się utrzymuje. Mimo, że bez wahania zakupiłam kolejne opakowanie, teraz jej nie używam (Od około 2 miesięcy w ogóle nie maluje paznokci. Brawa dla mnie za wytrwałość!).

Kolejne produkty to zakupy przypadkowe i nietrafione. Zmywacz do paznokci Delia no.1 kupiłam tylko dlatego, że nie chciało mi się iść do Rossmana po zmywacz z Isany, a nie miałam dosłownie nic. No i mnie pokarało: dramatycznie wysusza paznokcie i skórki, śmierdzi niemiłosiernie, a jego wydajność jest żałosna. Zaś Krem do rąk Cztery pory roku kupiłam tylko dlatego, że zapomniałam wrzucić do torebki cokolwiek wychodząc do kina. Nie potrafię wytrzymać z suchymi dłońmi, dlatego pędem zeszłam na dół do Rossa i tam wzięłam cokolwiek. Bo potrzebowałam mieć cokolwiek na dłoniach. Nieładnie pachnie, i nie wsiąka w dłonie a utrzymuje się na ich powierzchni. Dla jednorazowego zaspokojenia mojego szału był ok, potem używałam go z wielkim trudem.



Jestem oficjalnie przerażona ilością produktów do twarzy, które zużyłam w ostatnim czasie! Zwłaszcza ilością toników - zużywam je znacznie szybciej niż żel do twarzy o tej samej pojemności. O co chodzi? Tylko dwa żele do mycia twarzy: oczyszczający z Kolastyna Young pozytywnie mnie zaskoczył: tani, dobrze oczyszcza twarz. Cera wyglądała o wiele lepiej w okresie używania go. Bardzo wydajny i bardzo ładnie pachnie (trochę męsko, ale ładnie). Kolejny pięknie pachnący żel z Synergen - kolejna tanioszka, znów bardzo wydajny produkt. Krzywdy mi nie zrobił, ale przy zmywaniu miałam wrażenie, że pozostawia na skórze tłusty, trochę woskowy film - po wytarciu twarzy ręcznikiem uczucie znikało, ale odniosłam wrażenie, że produkt daje sztuczne uczucie nawilżenia skóry. Dlatego mam co do niego mieszane uczucia.
Do wykończonych żeli aż 3 toniki (naprawdę nie wiem, czy tylko ja, przechodzę przez toniki tak szybko?): zachęcona fajnymi żelami kupiłam toniki z Synergen i Kolastyny. Produkt z Synergen był najmniej wydajny, właściwie jak woda. Przepięknie pachniał i lekko szczypał w skórę (ja akurat lubię to uczucie, inaczej mam wrażenie, że tonik jest za słaby). Myślę, że jednak lepiej kupić coś droższego, co starczy nam na dłużej niż 2 tygodnie. Tonik Refresh z Kolastyny w ogóle nie zrobił na mnie wrażenia - dziwnie pachniał (ogórkami?) i nie zrobił z moją cerą nic - w ogóle nie czułam, że go używam. Opakowanie jest nieporęczne - dziurka jest za duża, a zamknięcie nieszczelne - łatwo o rozlanie produktu. Ostatni, tonik balansujący Optimals z firmy Oriflame - mało wydajny (aktualnie używam żelu do mycia z tej samej serii: wciąż mam ok. pół opakowania a zaraz skończę drugi tonik jaki z nim używam...), bardzo delikatny, nie szczypie (co nie do końca mi odpowiada), jednak mam wrażenie że skóra po użyciu tego tonika jest bardziej miękka, lepiej nawilżona - czuć że coś dla tej skóry robi! Jednak wydajność to coś, co mnie zniechęca.

I wreszcie dwa bardzo dobre płyny do demakijażu - jednofazowy z Nivea, mój zdecydowany ulubieniec: świetnie zmywa makijaż, nie szczypie, nie pozostawia obrzydliwej, tłustej powłoki. Szkoda, że tak szybko się kończy. Kolejne zaskoczenie: płyn micelarny z Lirene. Nie przepadałam wcześniej za tą firmą, ale powoli zmieniam zdanie. Produkt o większej pojemności, ale tak samo dobry jak Nivea. I w podobnej cenie! Póki co próbuję płynów do demakijażu z Oriflame, jeżeli nie spełnią one moich oczekiwań, na pewno wrócę do dwóch tutaj zdenkowanych.


Pod koniec września dowiedziałam się że moja cera jest drastycznie odwodniona - w październiku królowały więc maseczki nawilżające (Szczerze? Myślałam, że użyłam ich znacznie więcej - teraz przerzuciłam się jednak na maseczki w tubkach). Z tej grupy na szczególną uwagę zasługuje Kompres nawilżający+ maseczka ochronna Avocado z Bielendy - prawdziwe cudo! Skóra po niej jest miękka, wypoczęta, nawilżona. Przy najbliższej wizycie w drogerii na pewno kupię kilka sztuk. Podobnie maseczka głęboko nawilżająca z Perfecty - wyraźnie nawilżyła i "uspokoiła" skórę twarzy. Wielkim rozczarowaniem jest maseczka nawilżająca z Kolastyny - na początku bardzo leista, na twarzy zmienia się w konsystencję przypominającą częściowo roztopiony wosk. Pozostawienie maseczki do wchłonięcia jest niemożliwe, podobnie jak nawilżenie skory - produkt zostawia jedynie tłustą powłokę na jej powierzchni.

Dwa kremy do twarzy. Pierwszy Oriflame, z serii Amazonia ma naprawdę przepiękny wiosenno-letni zapach! Szkoda więc, że to tylko edycja limitowana. Jak już pewnie wiadomo mam słabość do ładnych zapachów. Był to jeden z pierwszych moich zakupów z tej firmy i byłam w szoku jak małe jest opakowanie tego kremu. Sądziłam, że starczy mi może na miesiąc. Zaczęłam go używać w czerwcu, a skończyłam w październiku. Szybko się wchłaniał i pozostawiał miłe uczucie na twarzy.
Kolejny krem wykończyłam dość szybko - w ciągu miesiąca, może półtora - to Nivea Aqua Sensation. Oprócz średniej wydajności był to naprawdę bardzo fajny krem. Nie wiem, czy nawilżał wybitnie głęboko, ale skóra po nim wydawała się naprawdę w lepszym stanie. Gdybym nie zdecydowała się na wypróbowanie Essentials, na pewno bym do niego wróciła. A może jeszcze wrócę?




Pora na produkty do włosów, których jest zaskakująco mało. Po części na pewno za sprawą ogromnego i mega wydajnego szamponu do włosów farbowanych Color Salon firmy Cece of Sweden. Tak przepięknie pachnącego szamponu do włosów jeszcze nie spotkałam. Szkoda, że zapach czereśni nie zostawał na włosach po umyciu. Znacznie wydłużał trwałość koloru oraz czas przetłuszczania się włosów. Włosy po umyciu były miękkie, choć trochę trudniej się z nimi współpracowało. Myślę jednak, że do niego wrócę.
Kolejny szampon to z kolei mega bubel: Avon Naturals Herbal z łopianem i pokrzywą. Według producenta ma odżywiać włosy, ale nie wierzę, że coś, co tak wysusza włosy może je odżywiać. Możecie sobie wyobrazić jak bardzo były wysuszone, jeżeli jeszcze nie zdążyłam dobrze wyjść spod prysznica a włosy były już w dużej części suche! Włosy były napuszone, tępe, bez blasku - mogłam jedynie je związać, żeby nie przypominały siana. Po takim wysuszeniu skóra wariowała i w ekstremalnym tempie włosy się przetłuszczały. Dodatkowo, ten szampon potrafił wypłukać kolor z największych czeluści włosa! Przy innych szamponach woda się nie barwiła, przy tym - zawsze. Po kilku myciach na głowie pojawiał się łupież. Odstawiłam go na długo, ponad rok. Zdecydowałam się go wykończyć, żeby się nie przeterminował. Przecież komuś innemu nie dam takiego szajsu a wyrzucić szkoda...

Ufff... teraz coś milszego - olejek do ciała z czarnych oliwek i limonki firmy Alterra - u mnie stosowany do włosów, na noc, przed co drugim myciem. Uwielbiam olejowanie włosów, daje niesamowite efekty, a olejki z Alterry są do tej pory najlepsze. Nie zauważyłam różnicy w efektach jakie nosi z sobą ten olejek, a olejek z migdałów i papai. Jednak ten drugi pachnie o wiele lepiej. Połączenie czarnych oliwek i limonki tworzy dla mnie zapach Cifa, a Cif na włosy to tak niekoniecznie... ;) Tak więc pozostanę wierna olejkom z Alterry, ale może tym lepiej pachnącym.


Post zrobił się niebezpiecznie długi, a ja dopiero przebrnęłam przez pielęgnację! Na dworze już ciemno a Blogger odmówił publikowania kolejnych zdjęć - to chyba znak, że czas podzielić post na dwie części, a mnie samej zacząć się szykować na sylwestra - pod kołdrą, z masą dobrego jedzenia i dobrych filmów... i z nieodłącznie bolącą nogą!

Życzę Wam szampańskiej zabawy gdziekolwiek jesteście - na prywatce, w lokalu, w kinie czy w łóżku - i tak, jak chcecie! Życzę też, by wszystkie kończyny pozostały na swoim miejscu i by jutro kac (moralny czy poalkoholowy) nie zepsuły Wam 2014 roku.
Do zobaczenia za rok ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...