czwartek, 17 kwietnia 2014

Shinybox w wersji fit

Witajcie! :)

Dawno nie zaglądałam do swojego blogosferowego kącika. Obecnie albo się uczę albo załatwiam multum spraw (jak wiadomo biurokracja to zżeracz czasu). Mam nadzieję, że niedługo będę mogła pochwalić się na blogu tym, nad czym obecnie pracuję. Trzymajcie kciuki, by wszystko się udało. :)

Naprawdę nie mogłam doczekać się kwietniowego ShinyBoxa. Choć temat pudełka nie do końca mi odpowiadał, gdyż jestem ostatnią osobą dbającą o figurę, w pamięci wciąż miałam bardzo udaną poprzednią edycję. Kurier jak zwykle zawitał pod moją nieobecność - miałam ogromne szczęście że w akademikowej recepcji  była akurat najsympatyczniejsza z Pań. Jednak pudełko szczęśliwie jest u mnie a ja jestem szczęśliwa, że nie musiałam toczyć się po nie na drugi koniec miasta.





Mam wrażenie, że kwietniowy ShinyBox nie był promowany na Facebooku tak mocno, jak ostatni, jednak moją ciekawość wzbudziła możliwość otrzymania nawet dziesięciu produktów w subskrypcji.




Pierwszą rzeczą po zdjęciu pokrywy jest oczywiście stado ulotek. W boxie znajduje się także plakat od jednego z partnerów pudełka zatytułowany "Schudnij z nami do lata!". Plakat prezentuje kaloryczność popularnych produktów spożywczych. Nie powiem - jeżeli ktoś dba o linię taki plakat może bardzo się przydać.





Już wcześniej miałam ogólne pojęcie o tym, ile kalorii ma dany produkt. Zszokowała mnie jednak podobna wartość kaloryczna avocado i czekoladowej muffinki. Ten fakt zmotywował mnie do wprowadzenia natychmiastowych zmian w moim jadłospisie (oczywiście z korzyścią dla muffinki ;).



Rabaty, rabaty, rabaty... Gdy zauważyłam wśród nich ulotkę Clochee, taką samą jak w marcowym Shiny, pomyślałam, że w pudełku znajdę miniprodukt od nich. Niestety, nie tym razem.




Wreszcie to, co najważniejsze, czyli kosmetyki! Po otwarciu pudełka pomyślałam "Na bogato!". Zdawało mi się, że produktów jest strasznie dużo. I owszem, ilościowo jest ich sporo, bo aż siedem, z jakością jest już gorzej.


Produkt pełnowymiarowy - dezodorant Rexona. Biorąc pod uwagę temat przewodni pudełka od razu stawiałam, że w jego zawartości znajdzie się tego rodzaju produkt. Ale Rexona? Lubię tą firmę i produkt zużyję (choć po stokroć wolę formę w kulce), ale jest to produkt dostępny w każdej drogerii.
Najgorzej wypada jednak w konfrontacji z faktem, że jest to jeden z dwóch (dla subskrybentek trzech) produktów pełnowymiarowych.



Kolejnym produktem jest minizestaw od firmy Mythos: naturalna gąbka z Lufy i żel pod prysznic. Gąbki jestem ciekawa i z chęcią ją wypróbuję. Co do żelu to mógłby być większy - nie byłabym zła za pełen produkt. Przeraziłam się gdy przeczytałam na opakowaniu "żel pod prysznic oliwka" - bałam się, że będzie pachniał oliwkami których nienawidzę najbardziej na świecie. Całe szczęście, że zapach okazał się bardzo ładny.


 Pora na zestaw do paznokci.Lakierem nie pogardzę, tym bardziej, że jest to fajny, mocny róż - idealny na wakacje. Naklejek od Donegal używałam i sprawowały się bardzo dobrze, chociaż tamte były "całe", w kwiatowy wzór. Tutaj, o ile mnie oczy nie mylą, jest sama siateczka. Ciekawe.

Boli mnie jednak to, że jest do znowu marka drogeryjna (dostępna w Naturach) i jest to, co tu dużo mówić - tanioszka. Lakier jest malutki (raptem 6 ml) i jeżeli pozostajemy przy takiej pojemności, wolałabym coś droższego lub trudniej dostępnego.




Radość wzbudził u mnie kosmetyk do makijażu marki Make Up Store. Nie znam tej firmy, jednak oczy mi zaświeciły, gdy zobaczyłam że jest to produkt do ust. Konkretniej - konturówka. Kolor jest ciemny, ja określiłabym go jako bordowy (nazwa zresztą to potwierdza - Russian Bordeaux), a więc bardziej odpowiedni na jesień. Niemniej jednak bardzo lubię takie kolory i gdy nadejdą chłodniejsze miesiące na pewno nie raz nałożę ją na usta. Bardzo się cieszę, ale niestety, jest to dodatkowy produkt dla subskrybentek.




Kolor kredki wypróbowałam na dłoni, później myłam ręce, no i ciężko było :) Kolor, choć nieco bledszy, nadal jest na mojej ręce. O kosmetyku mogę więc powiedzieć tylko, że zapowiada się bardzo dobrze.


A teraz hicior roku: ampułka (jedna!) antycelulitowa z kofeiną i teofiliną od Syis. Pokazana już wcześniej w opakowaniu, powyżej już sama ampułka i porównanie rozmiarów w lakierem. Produktu jest aż 10 ml i na jedno użycie na nogach wystarczy. Gdy myślę o kosmetykach które można określić hasłem "Fit & Shape" od razu myślę o produktach ujędrniających, niby wyszczuplających. Ewentualnie o jakimś kremie na rozstępy. To może jest i kosmetyk tego rodzaju ale jeżeli działa po jednym zastosowaniu to wnioskuję o Nobla dla producenta tego wynalazku.

Niektóre z takich kosmetyków może i działają ale kluczem do tego jest systematyczne stosowanie, a i tak nie sądzę, by efekty były zadowalająca po pierwszym skończonym opakowaniu. Jedna ampułka to jakiś żart. O wiele chętniej widziałabym tu jakieś serum/żel od Eveline. Co prawda jest to marka ogólnie dostępna, ale słyszałam dużo dobrego o tych kosmetykach. Poza tym ich cena pozwalałaby na umieszczenie w ShinyBoxie produktu pełnowymiarowego, po którego zużyciu można już coś powiedzieć o działaniu.

Obecnie nie jestem nawet pewna, czy chce mi się bawić w wydostawanie tego produktu.


Dwa ostatnie elementy pudełka. Firmę Clarena znam ze słyszenia, a słyszałam dużo pozytywów. W kwietniowym ShinyBoxie znalazła się miniatura Diamentowego kremu liftingującego. Lifting nie jest mi czymś niezbędnym, więc jeżeli sama go nie użyję, to oddam go mamie. Nawet jeśli nie jest to kosmetyk dopasowany do mnie, to i tak należy do lepszych z pudełka.

Ostatnie produkty pomyliłam z zestawem słodzików :P Myliłam się - jest to zestaw kremów Synchroline, czyli: dwa balsamy do ciała, jeden krem antycelulitowy oraz krem do twarzy z filtrem.
Wszystko fajnie, próbki nie są złe, jednak szkoda, że były jednym z dodatkowych produktów dla subskrybentów.

Spis produktów wykazuje, że mogłam otrzymać jeszcze babeczkę do kąpieli ze sklepu Pachnąca wanna. Fajny pomysł, ale cieszę się, że nie trafiłam na ten dodatek - od około miesiąca nie jestem w posiadaniu wanny a widok takiej babeczki tylko zmógłby mój smutek.

Kwietniowy Shiny to pudełko "pierdółek" - kosmetyków jest dużo, ale ich pojemności rozczarowują. Produkty pełnowymiarowe to te najmniej ciekawe (nie liczę kredki jako, że nie znalazła się w pudełku podstawowym). Myślę jednak, że wolałabym dostać cztery produkty pełnowymiarowe (lub znaczne miniatury ciekawych produktów) niż osiem czy dziesięć próbek.

Największym rozczarowaniem jest ampułka i nie jestem pewna, czy ją zużyję. Reszta produktów, nawet próbek, choć nie jest wybitna, znajdzie swoje zastosowanie. Bardzo chciałam by to pudełko było tak dobre, jak to marcowe, ale "Fit & Shape" zasługuje jedynie na trójkę (może z małym plusem).

A co Wy myślicie o Fit-pudełku?




środa, 2 kwietnia 2014

Panna Cotta w pudełku - nowy Pinkjoy

Długo zastanawiałam się nad zamówieniem pudełka PINKJOY, tak długo, że ominęła mnie edycja rosyjska. Widząc posty dziewczyn, które zdecydowały się na zakup, żałowałam, że tyle zwlekałam. Pozostało mi tylko ślinienie się do tych wszystkich wspaniałości. Dlatego gdy dowiedziałam się, że zostało tylko kilkanaście pudełek z kampanii włoskiej ciupasem pobiegłam je zamówić (i złamałam tym samym kosmetyczny post!). Paczka od wczoraj jest w moim posiadaniu. Czy było warto?

 



Na początku poczułam się rozczarowana widząc, że pudełko nie jest różowe, tylko białe... ale notatka z przeprosinami mnie obłaskawiła :) Nie wiem, dlaczego zniknęły tradycyjne pudełka, ale przyznać trzeba, że firma wyszła z sytuacji z klasą.





W środku pudełka wiosna rozkwitła na całego. Zielony papier w kwiatowy wzór może się kojarzyć tylko z tą porą roku. Ten niewielki, radosny akcent od razu poprawił mi nastrój. Zawartość PINKJOY została zapieczętowana za pomocą piankowego serca.



Najważniejsze są jednak produkty! Od razu powiem, że zaskoczyła mnie ich różnorodność: jest i coś dla ciała, dla dłoni, paznokci, twarzy. Nie zabrakło także przedstawiciela kosmetyków kolorowych. Jak zapowiadano na profilu PINKJOY na FB - jest też coś dla brzucha :) O tym za chwilę.




Pierwszym produktem, który zwrócił moją uwagę to pełnowymiarowy żel pod prysznic Omnia Botanica. Mina mi zrzedła, gdy zobaczyłam napis, mówiący że produkt pachnie różą i miętą. Na samą myśl mnie odrzuciło! Niepewnie, bardzo powoli otworzyłam tubkę i świadoma zbliżającej się katastrofy (i skrętu twarzy) zbliżyłam nos. I wiecie co? Zapach bardzo mi się podoba! Jest daleki od przesłodkiego i duszącego aromatu róży którego nie znoszę. Całe szczęście kompozycję uzupełniono o znaczne ilości mięty co sprawia, że kosmetyk pachnie ładnie i świeżo. Nie mogę się doczekać, kiedy go wypróbuję, choć na początku przeżyłam chwilę grozy.




Kolejne produkty pochodzą od firmy Miss Broadway (sama nazwa mnie urzekła ;). Pierwszy kosmetyk to wysuszacz do lakieru. Chociaż nigdy nie używałam tego typu wynalazków myślę, że może okazać się bardzo przydatny, oczywiście gdy zacznę na nowo malować paznokcie. Póki co jestem zaintrygowana, jednak jeszcze przez jakiś czas muszę obejść się smakiem.

Czarnego eyelinera nigdy za dużo, przynajmniej w moim przypadku. Jeżeli okaże się przyzwoitej jakości, to zużyję go do ostatniej kropli. Według opisu ma dawać intensywny kolor i nie rozmazywać się. Dla mnie spełnienie przez produkt tych dwóch obietnic w zupełności wystarczy.

Oba produkty są pełnowymiarowe.



Oto produkt, który zainteresował mnie najbardziej: odżywczo-nawilżający krem do twarzy z organicznym olejem arganowym Omnia Botanica. Co do tego produktu mam ogromne nadzieje, zwłaszcza, że olejek arganowy jest już na drugim miejscu w składzie. Ogromnie żałuję, że nie jest to produkt pełnowymiarowy - to byłaby prawdziwa bomba!
 


Foliowe zawiniątko zawiera próbki polskich produktów: krem do rąk Shea Line o zapachu gorzkiej czekolady i pomarańczy firmy The Secret Soap oraz mydło w kostce o zapachu mandarynki i bergamotki od Scandia Cosmetics. Próbki zawsze spoko, ale chętnie przytuliłabym również jakiś kupon zniżkowy dla klientek PINKJOY :).

Z tego co kojarzę oba produkty zawierają organiczne składniki, wśród nich dużo, dużo olejków a ja olejki bardzo lubię.



Jak już wspominałam, w pudełku znalazło się także coś dla brzuszka. Ekipa PINKJOY kusiła na swoim FB zdjęciami pysznych włoskich deserów i obiecała, że w pudełku znajdzie się coś związanego z tymi przysmakami. Szczerze? Spodziewałam się żelu pod prysznic lub balsamu o zapachu tiramisu. Zwinięty w rulonik i przewiązany różową wstążką przepis na Panna Cottę mnie rozbawił. Zachowuję przepis i przymierzam się do gastronomicznych eksperymentów.

Nie będę kłamać: na początku byłam trochę rozczarowana pudełkiem i wciąż porównywałam je z edycją rosyjską, która dla mnie jest smakowitym, choć już niedostępnym kąskiem. Jednak w trakcie tworzenia tego posta i przeanalizowaniu jego zawartości, stwierdzam, że nie jest źle. Największym bólem jest dla mnie krem z olejkiem arganowym jako miniprodukt (choć widząc cenę pełnej wersji, miniatura już mnie tak nie dziwi). Właściwie nie ma tu produktu, który by mnie nie zainteresował. Być może sęk w tym, że bardziej lubię w tego rodzaju pudełkach dostawać produkty pielęgnacyjne, ale jak teraz o tym myślę, no to nie ma chyba bardziej uniwersalnego kosmetyku niż czarny eyeliner. Na pewno są większe szanse trafienia w gusta większości niż w przypadku chociażby cieni do powiek czy podkładu. Ja kreskę maluję bardzo często, więc tym produktem nie wzgardzę.

O żadnej z tych marek kosmetycznych nie słyszałam wcześniej - tyczy się to także próbek polskich firm. Tutaj PINKJOY zdecydowanie wyprzedza inne tego typu serwisy, gdzie produkty dostępne w drogeriach pojawiają się dość często. Moją uwagę zwracają także takie niewielkie drobiazgi jak choćby notka z przeprosinami czy przepis na deser - mam wrażenie, że firma bardziej wychodzi do klienta, daje mu coś ponad pudełko z kosmetykami. Takie dodatki sprawiają, że pudełko zdaje się być bardziej spersonalizowane.

Podsumowując: Może nie jest to pudełko idealne i może nie jest tak dobre jak to rosyjskie, ale nie żałuję zakupu. Na pewno nie miałabym dostępu do kosmetyków włoskich a i obecne w pudełku produkty polskich firm pewnie jeszcze długo pozostałyby dla mnie nieznane. Każdy kosmetyk jest przydatny i wcześniej czy później znajdzie u mnie swoje zastosowanie.

Tak więc czekam na ogłoszenie kolejnego miejsca podróży i kolejną kampanię. I proszę, proszę o powrót pudełka rosyjskiego!

A Wam jak się podoba PINKJOY?

poniedziałek, 31 marca 2014

Marcowe pieszczochy czyli czas ulubieńców

Początek roku nie był dla mnie łaskawy. Produktów, które naprawdę polubiłam było bardzo mało. Przeważały średniaki a i w bublach nieźle obrodziło. Dlatego też darowałam sobie posta z ulubieńcami lutego. Ale za to w marcu zła passa się skończyła. Zapraszam na ulubieńców miesiąca. Uwaga: jest ich niemało!







Zacznę od kolorówki: po wykończeniu pudru z Oriflame sięgnęłam po polecany na blogach i na Youtube puder matujący Stay Matte od Rimmel (oczywiście w wersji transparentnej). Początkowo miałam opory przed korzystaniem z pudru w kamieniu, jak się okazało - niepotrzebnie! Jest to bardzo dobry produkt, który matuje na długo, ładnie wygląda na twarzy. Wydaje mi się również, że będzie piekielnie wydajny.




Następnie paleta cieni - właściwie nie jedna, a dwie! Nie oznacza to jednak, że poszalałam na powiekach. Nuda, nuda i jeszcze raz Nude, a nawet Absolute Nude firmy Catrice. Beże i brązy zdominowały moje marcowe makijaże właśnie za sprawą tej palety - sięgałam po nią prawie codziennie. Chociaż ostatnio zauważyłam, że cienie lekko się osypują przy aplikacji, to wygodnie się je blenduje i utrzymują się na powiece. W szczególności upodobałam sobie trzy cienie zaznaczone poniżej.





Druga paleta to część limitowanej edycji Love Letters wypuszczonej przez Essence. Nazwa palety to Ever Thine, Ever Mine, Ever Ours. Nazwanie jej cytatem z listu miłosnego Beethovena nie wystarczyło, by wzbudzić we mnie miłość do tej palety. Dlaczego więc pojawia się w ulubieńcach? Wszystko za sprawą jednego, różowego cienia. Łączyłam go z brązami z palety Catrice i dawał piękne rozświetlenie i kolor na środku powieki. Cała paletka, choć śliczna, zawiera tylko cienie połyskujące, z drobinami. Chociaż lubię na nią patrzeć, to poza tym jednym cieniem, nie mam pomysłu na jej stosowanie. Przyjmuję sugestie!





Rozświetlający róż firmy Mariza pojawił się już we wcześniejszych ulubieńcach i tam pisałam o nim więcej. Zamieszczam go po raz kolejny, ponieważ powróciłam do niego ze skruchą po nieudanym romansie z różem z zimowej edycji limitowanej Lovely.



Pora na pielęgnację! Nowością był dla mnie płyn micelarny od Garnier. Okazał się strzałem w dziesiątkę. Świetnie zmywa makijaż, skóra po użyciu go nie jest napięta ani podrażniona, ani odrobinę nie piecze w oczy. W dodatku, biorąc pod uwagę, jak szybko zużywam tego rodzaju kosmetyki, wydaje się być wydajny.

O organicznym kremie pod oczy Skin Blossom pisałam ostatnio recenzję. Zdanie podtrzymuję, dlatego produkt ląduje wśród najlepszych kosmetyków marca.

Zaś o peelingu z Soraya recenzję dopiero napiszę :) Pewne jest to, że jest wart szerszego opisania.





Moje włosy nie miały ostatnio łatwego życia. Po przymusowym podcięciu postanowiłam postępować z nimi łagodniej. Podkradłam swoim pędzlom szampon Babydream i jestem zachwycona. Włosy są dokładnie umyte, świeże, miękkie, pięknie pachną i krzywda się im nie dzieje.

Dezodoranty z Oriflame albo nie odpowiadały mi do końca lub wręcz zyskały u mnie metkę kosmetycznych bubli. Byłam zła, że kupiłam kilka dezodorantów tej firmy (każdy inny, ale jednak) i od Swedish Spa spodziewałam się niczego innego jak porażki. A tu niespodzianka: bardzo przyzwoity, spełniający swoje zadanie i nie brudzący ubrań produkt. Brawa dla niego!





Do ulubieńców trafia też kosmetyk pod prysznic. Dokładniej oczyszczające masło pod prysznic o zapachu Pina Colada od Bomb Cosmetics. Nie jestem zwolenniczką opisywania każdego jednego żelu pod prysznic który spełnia swoją rolę czyli myje (takich produktów jest całe mnóstwo). O ile żel nie jest cudowny bądź nie jest geniuszem zła, nawet nie myślę o pisaniu mu recenzji. Temu recenzja się należy i pojawi się wkrótce.




Ostatnie rybki Dermogal to sprzymierzeńcy w walce o zdrowe paznokcie. Zawarty w nich olejek podgaja moje wymęczone skórki i odżywia płytkę. Co ciekawe, zdaje mi się, że wchłania się szybciej niż np. Regenerum. Mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła pochwalić się pięknymi pazurami.




I to już wszystkie kosmetyki, którymi pieściłam się w marcu. Post miał pojawić się wcześniej, ale tak ucieszyłam się z kolejnego słonecznego dnia, że zanim ponownie zasiadłam do komputera, za oknem zapanowała ciemność. Tyle dobrze, że post nie przeszkadzał Wam w korzystaniu z promieni słonecznych :).

Miłego wieczoru!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...