sobota, 22 lutego 2014

Kosmetyczny post z Naomi

Jest akcja w blogerskim świecie!
Akcja, do której się przyłączyłam - sama się sobie dziwię, ale prawdą jest, że inicjatywa słuszna. Od jakiegoś czasu widzę, że moje kosmetyczne zapasy rozrastają się w szalonym tempie i miejsce, w którym przechowuję wszelkie mazidła, po prostu przestało się domykać.

Równowaga w przyrodzie być musi, tak więc zawartość mojego portfela skutecznie ubywa z szybkością z jaką w moich łapkach pojawia się nowy produkt. Wszelkie znaki wskazują, że powinnam powstrzymać się od zakupów drogeryjnych na jakiś czas (nawet mój portfel się zbuntował i po prostu popuścił... szew! Na (nie) szczęście ostatnio nie trzymam w nim za wiele, haha!).

A produkty? Choć zauważone i docenione przeze mnie w sklepie poprzez akt kupna-sprzedaży, teraz po prostu marnieją.





Ale - zdecydowałam się na pierwszy krok! Naomi bloguje wpadła na pomysł akcji blogerskiej, polegającej na omijaniu drogerii i podobnych przybytków przez czterdzieści dni. Prawdziwy, zakupowo-kosmetyczny post!

Karnawał się kończy, pora zacisnąć pasa. Ja zgłosiłam się wczoraj wieczorem, zapisy trwają do jutrzejszego południa (23 lutego). Zasady akcji znajdziecie oczywiście na blogu inicjatorki, dokładnie TUTAJ.

Pozostaje mi życzyć powodzenia, tak sobie, jak i Wam!

Już rano zwątpiłam w całe to szaleństwo, gdyż śniły mi się... zakuposki! Tak! Kupowałam Beauty Blendera w sklepie z Yankee Candle (?!), a potem poleciałam do ciuchlandu i kupiłam sobie torebkę za osiem dyszek. Swoją drogą do czego to doszło, żeby rzeczy w sklepie w używaną odzieżą były takie drogie?
Trochę mnie to zmroziło i na razie nie zamierzam wcielić snu w rzeczywistość. I będę się tego trzymać przez kolejne czterdzieści dni!

Polecam akcję, no i co? Good luck! :)

czwartek, 13 lutego 2014

Balea - malinowy peeling myjący (?)

Jak możecie zobaczyć na blogu, podczas ostatniej wycieczki do Berlina obkupiłam się w DM. Celem były oczywiście kosmetyki Balea i Alverde. Jednym z kosmetyków które znalazły się w koszyku był peeling myjący do twarzy o zapachu malinowym.



Używam go już dłuższy czas więc myślę, że pora podzielić się opinią na jego temat ;)

Cóż to: Delikatny peeling myjący do twarzy. Przeznaczony dla każdego rodzaju cery. Produkt sprzedawany jest w tubie o pojemności 150 ml. Ma solidne zamknięcie. Otwór dozujący jest niewielki, co w połączeniu z konsystencją kosmetyku nie sprawia trudności przy korzystaniu z niego.

Dostępność: Drogerie DM.

Cena: 1,95 Euro.



Konsystencja:
Różowy, półprzeźroczysty żel. Zawiera dwa rodzaje drobinek peelingujących: białe, większe które są ostrzejsze oraz delikatniejsze czerwone malutkie drobiny których w żelu znajdziemy o wiele więcej. W dotyku kosmetyk jest minimalnie lepiący i przyjemnie lekki.




Skład:
AQUA · GLYCERIN · CARBOMER · COCOAMIDOPROPYL BETAINE · PHENOXYETHANOL · BAMBUSA ARUNDINACEA STEM POWDER · SODIUM HYDROXIDE · GLYCERYL OLEATE · DISODIUM COCOYL GLUTAMATE · BENZYL ALCOHOL · COCO-GLUCOSIDE · SODIUM CHLORIDE · TOCOPHERYL ACETATE · ALLANTOIN · PRUNUS AMYGDALUS DULCIS OIL · PARFUM · PEG-40 HYDROGENATED CASTOR OIL · PANTHENOL · BENZOPHENONE-4 · CITRIC ACID · ETHYLHEXYL SALICYLATE · ISOPROPYL ALCOHOL · BUTYL METHOXYDIBENZOYLMETHANE · CI 16035 · SODIUM SULFATE.

Żaden ze mnie specjalista w tematyce składów, dlatego wspieram się radami wujka Google. Tutaj na liście wysoko plasują się zagęstniki, ale też drobinki z bambusa używane jako delikatny środek peelingujący, zwłaszcza przy cerze wrażliwej. W kosmetyku znajdziemy też alantoinę o właściwościach kojących, olejek migdałowy,  a także filtr UV.  Wiadomo, że ma w sobie substancje konserwujące, ale chyba nie jest to skład tragiczny?


Producent mówi: Kosmetyk ma sprawić, że pory na twarzy będą głęboko oczyszczone, a także ma zapobiegać ponownemu ich zapychaniu. Po użyciu możemy się cieszyć gładką cerą.

Stonefox mówi: Mam mieszane uczucia do tego produktu. Wiązałam duże nadzieje z kosmetykami Balea i nie mogłam się doczekać kiedy położę na nich swoje łapki - ale peeling mogę uznać za rozczarowanie. Jest bardzo delikatny, ale trudno uznać to ze wadę biorąc pod uwagę, że jest przeznaczony do twarzy. Ja jednak mimo wszystko wolałabym coś trochę mocniejszego.

Największym problemem jest to, że produkt nie spełnia swojego zadania: nawet delikatny peeling powinien lepiej oczyścić skórę niż zwykły żel. Tymczasem po użyciu kosmetyku od Balea moje pory nie tylko nie są oczyszczone, ale są zapchane.

Przy kontakcie z mokrą twarzą żel tworzy na jej powierzchni śliską powierzchnię (oraz w ogóle się nie pieni) i odnoszę wrażenie, że drobinki tylko się po tej tafli ślizgają i w ogóle nie mają dostępu do skóry. Owszem, po osuszeniu skóra wydaje się gładka, ale to prędzej pozostałości po wcześniejszej ślizgawce, niż dobrego oczyszczenia i odżywienia. Używałam już wielu żeli do mycia twarzy, w tym też takich z drobinkami i z oczyszczeniem skóry poradziły sobie o lepiej (choćby Nivea Visage Pure Effect  All in One). Oczyszczanie to jednak podstawa.

Niekwestionowaną zaletą peelingu myjącego (no właśnie... czy na pewno?) jest zapach malinowej Mamby ;) Niestety na niewiele zdaje się zapach, skoro kosmetyk nie spełnia swoich podstawowych funkcji. Nie zapominam także o niezłej wydajności - choć przy wskazanych wyżej wadach mam wątpliwości, czy jest to zaleta.

Podsumowując:  Peeling myjący od Balea rozczarowuje i to bardzo. Śmiało mogę zaliczyć go do kategorii "buble". Na pewno nie kupię go ponownie.

Może mieliście do czynienia z tym kosmetykiem? Co myślicie o firmie Balea? Zastanawiam się czy inne peelingi od nich sprawują się tak samo... Dajcie znać ;)

sobota, 8 lutego 2014

Mocno pachnące zamówienie z Oriflame

Oto zapowiadane przeze mnie kolejne zamówienie z Oriflame. Tym razem dużą część zakupów stanowią zapachy. Jak można zapewne łatwo zauważyć, mam bzika na punkcie ładnie pachnących kosmetyków. Perfumy i wody toaletowe dobieram w zależności od nastroju, pory roku, okazji i jeszcze paru innych zmiennych. Z łatwością przychodzi mi ich kolekcjonowanie, z opisaniem zapachu jest już gorzej. Przede mną wyjątkowo trudne zadanie!

Z pierwszą wodą toaletową, czyli Sparkle in Paris, miałam do czynienia kilka miesięcy temu. Nie będę ukrywać, że tym, co skusiło mnie do wypróbowania jej na swojej skórze była ładna buteleczka ;). Zapach od razu mi się spodobał, jednak powstrzymałam się od zakupu wiedząc, ile innych psikadeł czeka na mnie w domu. Dowiedziałam się, że niedługo ma być wycofana z oferty, dlatego czym prędzej się w nią zaopatrzyłam.

Aromat jest słodki i jednocześnie elegancki. W pierwszym momencie kojarzy mi się z zapachem szampana i nawet dobrze trafiłam: producent określa kompozycję zapachową jako połączenie wetiweru, jagody i szampana właśnie. Osobiście zastąpiłabym jagody truskawkami, bo jak wiadomo, z szampanem tworzą pyszny duet ;).



Kolejny zapach również można określić jako elegancki, ale to wszystko, co ma wspólnego z poprzednikiem. Eclat jest wybitnie wieczorowy, zdecydowany i bardzo mało dzieli go od bycia wodą toaletową typu unisex. Posiada jednak delikatnie kobiecą nutę. W skład tego zapachu wchodzi aromat malin, fiołków oraz białego piżma.



A teraz fragment, w którym możecie się śmiać ;). Tak, ja, 23-letnia kobieta, kupiłam wodę toaletową Disney Princess, z Arielką. I to dla siebie, a nie dla jakiegoś znajomego szkraba (dobrze, że nie mam takiego, nie rusza mnie sumienie ;). Powąchałam stronę w katalogu i ten zapach przypominał mi Pinacoladę. Szczerze: pachnie zupełnie inaczej niż w katalogu. Ale to nie jest nic złego! Pamiętacie gumy do żucia o smaku arbuzowym? Były w drażetkach i wypuściła je bodajże firma Orbit (jeżeli się mylę, proszę o sprostowanie). Ta woda toaletowa właśnie tak pachnie! Magia wspomnień.




Ostatnie psikadło to woda perfumowana Volare, która ma ciekawą kompozycję zapachową, ale o tym później. Chcę na chwilę zatrzymać się na wyglądzie buteleczki. Choć opakowanie wygląda niepozornie...



... to w środku skrywa różę! Piękne i pomysłowe.





Zapach moim zdaniem, nie dla każdego. Nie można odmówić mu jednak tego, że jest ciekawy - ze względu na swoją wielowymiarowość. O co chodzi? Trudno mi określić czy ten zapach jest słodki czy nie, czy jest delikatny czy mocny. W pierwszym momencie wydaje się bardzo mocny i duszący, ale gdy spędzi 2-3 minuty na skórze pachnie zdecydowanie lepiej, chociaż dalej jest niełatwy do opisania. Z jednej strony jest słodki i delikatny, przypomina mi kwiaty, albo puder dla niemowląt. Posiada jednak i nutę niemal metaliczną, gorzką, która jednak dociera do nosa później i nie dominuje w całej kompozycji. W opisie producenta jako składowe tej wody perfumowanej widnieją liście fiołka, peonia, płatki róży i praliny.


To całkowicie nowe dla mnie produkty, więc nie mogę się wypowiadać o ich trwałości, ale od razu zauważyłam minus buteleczki Volare.  Zakrętkę trudno się zdejmuje. Bardzo trudno - za każdym razem męczę się próbując zdjąć "szypułkę", siedzi naprawdę mocno.




W zestawie z Volare był tusz do rzęs HyperStretch XL - z tej samej serii co serum do rzęs które właśnie testuję. Być może stosowanie serum i tuszu do rzęs ma dać jeszcze lepsze rezultaty, ale skoro już zaczęłam stosowanie serum w pojedynkę, niech na razie tak pozostanie. Tusz na razie poczeka na swoją kolej.




I tak za sprawą tuszu przeszłam do kolorowej części zamówienia. Zdecydowałam się na, również wycofywane, paletki z serii Neo Chic. Miałam okazję używać tych cieni już wcześniej i przypadły mi do gustu, dlatego zdecydowałam się na swoje własne egzemplarze.


Grey Pastel...




... i Vintage Purple. Jakościowo cienie w zupełności mi odpowiadają, jednak poważnie myślę nad przeniesieniem ich do innej palety. Jak widać, te, w której teraz się znajdują, są tandetne i raczej łatwe do połamania. W dodatku nie posiadają lusterek, tylko folię która coś odbija, jednak obraz jest bardzo zamazany. Ewentualne poprawki z użyciem tych "lusterek" są więc bez sensu. Skoro już pojawiły się wspomnienia z dzieciństwa, to lusterka moich lalek Barbie miały właśnie taką folię ;).




Na usta wybrałam błyszczyki Dreamy Moments od Giordani Gold. Również wybrałam dwa kolory: mocniejszy Crystallised Cherry Red oraz delikatniejszy Sugared Petal Pink. Sama jestem ciekawa jak wypadną. Lubię rozświetlacz z tej serii, więc może i błyszczyki się sprawdzą. Myślę, że poświęcę im posta.



Od około dwóch, może trzech lat uwielbiam szminki (wcześniej wolałam błyszczyki). Coraz trudniej jest mi odmówić sobie kolejnej. Wybór padł tym razem na szminkę z serii Colour Drop.



Zdecydowałam się na kolor o nazwie Peach Sensation. Nigdy nie miałam do czynienia ze szminką o podobnym kształcie. Okaże się, na ile jest on wygodny przy nakładaniu pomadki. Jeśli będę z niej zadowolona to myślę, że skuszę się na inne odcienie.



Nie zapomniałam także o moich umęczonych paznokciach i skórkach. Nail Butter Advanced Condition Reviver, czyli wzmacniający balsam do paznokci zbiera skrajnie różne opinie. Jestem ciekawa, jak sprawdzi się na moich dłoniach. Chętnie go przetestuję a recenzję zamieszczę na blogu. Czy ktokolwiek byłby zainteresowany? Testy rozpocznę dopiero gdy skończę kurację preparatami przepisanymi przez dermatologa, czyli za ok. 2-3 tygodnie.



I to już wszystko. Szczęśliwie udało mi się załadować wszystkie zdjęcia, choć Blogger był dziś wyjątkowo kapryśny.

Dajcie znać czy chciałybyście przeczytać recenzję poświęconą balsamowi do paznokci lub może zobaczyć post dotyczący innego produktu z tej notki?

Miłego wieczoru!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...